Zakładam, że pensje tych ludzi są z grubsza równe, bo nie mam powodu sądzić inaczej. W każdym razie załóżmy tak dla potrzeb dalszych rozważań, bo mają one charakter eksperymentu myślowego - jak również to, że liczbowo zatrudnienie kobiet i mężczyzn jest mniej więcej równe. Oczywiście nie ma w tym momencie mowy o żadnej dyskryminacji ze względu na płeć.
Powiedzmy też, że kasy przejmuje nagle zewnętrzna firma, która przy okazji kasuje klientów, dajmy na to, sąsiednich Carrefoura i Trafficu - bo tak się opłaca (nie wiem, czy w Arkadii są - przykład fikcyjny). Właściciel Leroy Merlina oczywiście nadal nie dyskryminuje żadnej płci.
Powiedzmy, że właścicielem owym są dwaj bracia. Naturalnie - nadal nie dyskryminują.
Dwaj bracia następnie dzielą firmę na dwie. Jeden bierze wszystkie działy obsadzone facetami, a drugi - wszystkie obsadzone kobietami. Nie zmienia się przy tym struktura zatrudnienia. Za dwa lata, nadal bez zmiany struktury zatrudnienia, każdy z braci sprzedaje swoją część - i oba półLeroye mają dwóch właścicieli niemających już ze sobą kompletnie nic wspólnego. Przy okazji okazuje się, że są to ludzie, którzy nawzajem się nie lubią. Kulturalni, praworządni biznesmeni, nie podrzucają sobie nawzajem zgniłych jajek, niemniej ich stosunki są chłodne. Można założyć, że żaden nie pospieszy z wyjaśnieniami mogącymi pomóc drugiemu, jeśli nie zostanie do tego zmuszony, a nikt się nie domyśli, żeby do niego z tym pójść.
Po czym do jednego i do drugiego przychodzi po jednym człowieku mającym za zadanie sprawdzić, czy delikwent dyskryminuje którąś płeć przy zatrudnianiu. Nie interesuje go przy tym, czy dyskryminował - przeszłość to przeszłość, jego zadaniem jest zbadać status quo. I zaczęło mnie zastanawiać: do jakiego wniosku powinien dojść ten człowiek, zakładając że jest to wniosek poprawny, a jeśli do takiego, że dyskryminacja zachodzi, to w którym momencie się ona zaczęła?
Jedna odpowiedź, ale długa. LordKaftan:
"Kobiety częściej niż mężczyźni głosują na JKM, który postuluje odebranie im praw wyborczych.
Kto jest większym głupcem?
JKM, czy kobiety, które na niego głosują?"
Po kolei:
1. JKM twierdzi, że kobiety średnio gorzej znają się na polityce, niż mężczyźni. Można się z tym poglądem nie zgadzać (ja się nie zgadzam), ale żeby od razu dlatego używać określenia "głupiec"? Na tej zasadzie praktycznie każdy jest głupcem w mniemaniu każdego innego - bo między dwoma osobami prawie zawsze znajdzie się jakiś punkt różnic w poglądach politycznych.
2. Jeśli ktoś twierdzi, że członkowie grupy X średnio gorzej nadają się do decydowania o kraju, niż członkowie grupy Y, ale nie uważa tego za wystarczający powód odebrania prawa głosu wszystkim członkom grupy X, to jest sabotażystą, który z premedytacją postuluje suboptymalne dla państwa rozwiązania - z zastrzeżeniem poczynionym w pkcie 6 niniejszego wywodu. Jedyne, co warto zrobić, to zadać mu pytania, czy dzieci powinny głosować, dlaczego, i jak duża jest zdaniem delikwenta różnica między jakością wyboru dokonanego przez grupę ludzi w wieku 17 lat i 364 dni od tego dokonanego przez ludzi w wieku 18 lat i 1 dzień.
3. JKM konsekwentnie domaga się odebrania praw wyborczych kobietom, bo uważa, że średnio nadają się do polityki gorzej, a wybory nie są po to, żeby każdy sobie pogłosował, lecz po to, by dokonywać możliwie najlepszych wyborów (cytat prawie dosłowny). Nie neguje przy tym, że niektóre kobiety mogą być genialnymi politykami i podaje nawet przykład Margaret Thatcher, dlatego ograniczenia w jego postulatach dotyczą wyłącznie prawa czynnego.
4. Kobieta głosująca na JKM może po prostu zgadzać się z jego poglądami na temat średniej kobiet - nie przyszło to Panu do głowy? Nie oznacza to, że sama uważa się za nieznającą na polityce. Natomiast jeśli podziela zdanie JKM, to dąży do tego, żeby o jej losie decydowali raczej sąsiedzi, niż sąsiedzi i sąsiadki - co zgodnie z jej skalą wartości poprawi jej sytuację, nawet jeśli jej samej zabierze prawo głosu. Jeśli kieruje się akurat tym, to można jej zarzucić egoizm - ale głupotę?!
5. Którego czterolatka nazwałby Pan głupszym (lub dowolnym innym słowem określającym niższość intelektualno-rozwojową w stosunku do tego drugiego) - tego, który powie, że czterolatki powinny mieć prawo głosu (i, mając taką możliwość, zagłosuje na kogoś, kto mu tej możliwości nie odbierze), czy tego, który powie, że absolutnie nie powinny (i, mając taką możliwość, zagłosuje na tego, kto mu ją zabierze)?
5a. I kto byłby większym głupcem - wskazany wyżej czterolatek czy dorosły polityk, który mówiłby, że czterolatki nie powinny mieć prawa głosu?
6. Analogicznie - co podsunęła moja Żona - jeśli ktoś uważa, że wąsaci faceci średnio nie znają się na polityce (lub znają się gorzej, niż reszta populacji), to jest w pełni uprawniony żądać odebrania wszystkim wąsatym facetom prawa głosu - w tym JKM. Jeśli uważa, że feministki się średnio nie nadają - to wszystkim feministkom. Jeśli uważa, że szachiści nadają się średnio lepiej, niż nieszachiści - to zostawienia prawa głosu tylko szachistom. Jeśli twierdzi, że nikt nie nadaje się tak dobrze, jak niepełnosprawni - to zostawienia tylko niepełnosprawnym. Ja byłbym przeciw, nawet gdybym zgadzał się z wyżej wymienionymi poglądami, bo wymagałoby to istnienia urzędowych kategorii wąsatych facetów, feministek, szachistów i niepełnosprawnych - a biurokrację należy zwalczać, a nie mnożyć. Dlatego akceptuję brak postulatu o ograniczeniu praw wyborczych pewnej grupie, która zdaniem niepostulującego gorzej się zna na polityce, niż reszta populacji, jeśli wyznaczenie tej grupy wymagałoby urzędniczej uznaniowości. Tym bardziej, że po to właśnie zabiera się prawo wszystkim członkom grupy, która tylko średnio gorzej się nadaje do rządzenia - np. dzieciom - żeby poprawić wyniki wyborów bez urzędniczego oceniania każdej jednostki z osobna, co generowałoby przede wszystkim korupcję. Podział kobiety-mężczyźni jest w miarę jasno zdefiniowany i urzędnik nie ma wpływu na klasyfikację poszczególnych osób. Trochę gorzej jest z podziałem dzieci-dorośli, ale póki istnieje jedna, arbitralna, obiektywnie mierzalna granica i urzędnik nie może jej sobie po uważaniu przesuwać - nie jest to najgorsze (choć i to można zdefiniować biologicznie: dzieckiem nie jest ten, kto udowodni, że jest zdolny mieć własne dzieci - co wykluczy, owszem, impotentów oraz programowych bezdzietnych, ale z punktu widzenia jakości wyniku wyborczego w skali kraju powinno dać efekt bardzo zbliżony do tego, jaki osiągamy dzięki postawieniu poprzeczki w dniu 18-tych urodzin). Ale nie wyobrażam sobie obiektywnego kryterium, które pozwoli komputerowi ocenić, że Kowalska jest feministką, a Wiśniewska nie jest - nawet przy założeniu, że pozwalamy urzędnikom pisać algorytm.
Jednak w tym przypadku nie chodzi o poglądy. ale o swoisty paradoks, który mimo wszystko nazwałbym głupotą.
Gdyby JKM faktycznie pozbawił kobiety możliwości głosowania to straciłby 3/4 swojego elektoratu. Strzał w stopę...
Sam "strzał w stopę" nie jest powodem żeby nazwać taką decyzję głupią. Istnieje może wiele racjonalnych powodów, dla których
ktoś chciałby się zranić.
I tu dochodzimy do sedna problemu->te powody powinny jednak być racjonalne, np. "Strzelę sobie w stopę, żebym nie musiał iść
do wojska, bo tam mnie zabiją".
U JKM takiego powodu brakuje. Nie ma żadnych przesłanek, że wybory polityczne kobiet są gorsze niż wybory mężczyzn (co
zresztą w takim przypadku znaczy "gorsze"?). Co więcej-z innych wypowiedzi Korwina winika, że kobiet się po prostu... boi.
Reasumując: Mamy faceta, który strzela sobie w stopę (elektorat) i motywuje to tym, że dzięki temu wszyscy będą szybciej
chodzić (wybory mężczyzn będą lepsze)
Głupota to najłagodniejsze określenie takiego zachowania
2. Niekoniecznie. Dana osoba może też stwierdzić, że odebranie praw do rządzenia grupie X będzie większym złem niż
zostawienie ich w spokoju
3. "wybory nie są po to, żeby każdy sobie pogłosował, lecz po to, by dokonywać możliwie najlepszych wyborów"
To jest bardzo zabawne stwierdzenie w ustach UPRowca.
Czy głosowanie na partię, która nie ma szans dostać się do Sejmu, ewentualnie coś w tym Sejmie zmienić jest "dokonywaniem
najlepszego wyboru" czy też "pójściem sobie pogłosować"?
Bo oddanie "głosu zmarnowanego" to chyba jednak to drugie?
4. W momencie, w którym ta kobieta traci prawo głosu staje się w pewnym sensie niewolnikiem. Niewolnikiem praw, które będą
ustanawiane przez innych. I ona nie będzie miałe nic do powiedzenia.
A dobrowolne niewolnictwo trudno nazwać inaczej niż głupotą.
5. Żadnego z czterolatków nie nazwałbym głupcem. Wytłumaczyłbym im dlaczego prawa wyborcze są takie ważne, dlaczego powinno
ich się zrzekać i dlaczego nie można ich oddać w ręce czterolatków.
Czterolatki mają prawo jeszcze tego nie wiedzieć, osiemnastoletnie i starsze kobiety już powinny.
6. Znowu-musi być jakiś powód żeby tak uważać. Argumentacja typu: "Wąsaci faceci nie powinni głosować bo ich nie lubię" jest
głupia.
Natomiast argumentacja: "Wąsaci faceci nie powinni głosować bo w dostali
5%maskymalnej liczby punktów przy średniej 70%" jest dla mnie do zaakceptowania. Chociaż i tak bym się na odebranie praw nie
zgodził (Jak zdefiniować kto jest wąsaty)
Tak BTW: "dzieckiem nie jest ten, kto udowodni, że jest zdolny mieć własne dzieci"-a co z dziećmi nieślubnymi? ;)
badający potencjalną dyskryminację bierze udział w rekrutacji i bada, jacy kandydaci zostaną przyjęci. Jeśli okaże się, że kryterium płci jest istotniejsze niż kompetencje zawodowe, przygotowanie. doświadczenie etc, to dyskryminacja zachodzi. Jeśli decydują względy merytoryczne, tj. umiejętności, wiedza i doświadczenie zawodowe kandydatów, nie ma się czego czepić.
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą