W Brukseli niedawno głosowano nad tym, czy dostawcy Internetu powinni mieć prawo w swoich umowach zawierać klauzule limitujące dostęp do niektórych stron lub uzależniające go od dodatkowych opłat. Posłowie zagłosowali na "nie", na co rzesza internautów wzniosła peany, że wolność w Internecie została obroniona. Tematem się nie zajmowałem, bo nie wydawał mi się szczególnie gorący, ale po namyśle stwierdzam, że parę słów skrobnę.
Przede wszystkim: wolność polega na tym, że dwie strony zawierają między sobą umowę dowolnej treści, a jeśli się na nią zgadzają, żaden urząd w tę treść nie ingeruje (pod płaszczykiem chronienia interesów jednej ze stron). Ów głos na nie jest więc głosem
przeciw wolności. W tym przypadku, co prawda, popieranym przeze mnie. W normalnym kraju nie byłoby problemu, żeby dostawca miał prawo dowolne strony blokować - szybko straciłby klientów, a na pewno wkrótce pojawiłby się dostawca, któremu opłacałoby się blokowane przez innych strony udostępnić. Nie żyjemy jednak w normalnym kraju, w którym Internet może zacząć dostarczać każdy, kto ma (lub kupi, lub stworzy) odpowiednią infrastrukturę i nie musi nawet informować o tym urzędnika, tylko w takim, w którym urzędnik może powiedzieć, że Kowalskiemu wolno dostarczać Internet, Nowakowi nie wolno, a Wiśniewskiemu będzie wolno, gdy wykreśli ze swojej standardowej umowy trzy paragrafy, a pięć innych tak i tak zmodyfikuje - mimo że żadna z tych zmian się Wiśniewskiemu nie opłaca, a klienci byli gotowi podpisywać z nim umowę i bez nich - a Kowalski, Nowak i Wiśniewski nie mają nic do gadania, tylko muszą słuchać urzędnika.
Dlatego właśnie popieram głos na "nie" - bo głos na "tak" błyskawicznie skończyłby się tym, że to nie Rynek zdecydowałby, do których stron ludzie mają mieć dostęp (a mogłoby na przykład wyjść na to, że ludzie nie chcą płacić za dostęp do stron rządowych), tylko urzędnicy - i okazałoby się, że ostatni bastion piewców niepoprawnych politycznie poglądów padł.
Jednocześnie zaznaczam, że całe to głosowanie mocno mnie zaniepokoiło. Nie chodzi już o kwestię, co jest wolnością, a co nie. Zaniepokoiło mnie, że gdy zanosiło się na debatę i głosowanie, to protestowano przeciwko ewentualnemu przegłosowaniu "tak" - ale nikt nie protestował głośno przeciwko temu, że jakaś banda urzędasów uzurpuje sobie prawo do decydowania, jak wolno mi się umówić z operatorem, a jak nie, lub jakie treści wolno mi przesłać koledze, który chce je otrzymać, a jakich nie. Zresztą
lege artis ta banda urzędasów takie prawo ma, a system, w którym nikt by go nie miał, jest logicznie niemożliwy - dlatego mądrego władcę poznaje się między innymi po tym, że w przypadku niektórych przysługujących mu praw nawet przez myśl mu nie przejdzie korzystanie z nich.
Jeszcze bardziej niepokoi mnie fakt, że do takiego głosowania w ogóle doszło. Oznacza to, że odchodzimy od modelu, według którego budowano amerykańską konstytucję, a który zakładał, że obywatelowi wolno wszystko, z wyjątkiem tego, co ustawodawca uzna za zabronione - a zmierzamy ku modelowi, w którym ustawodawca
explicite wymienia zestaw rzeczy dozwolonych, zakazując rzeczy niewymienionych. To jest dla wolności zabójcze. Oczywiście jeszcze nie jesteśmy w takim stanie, ale kierunek jest wysoce niepokojący. Oczywiście i w modelu amerykańskim da się zmniejszyć wolność do dowolnie małych rozmiarów - rzecz jednak w Zasadzie. No i w fakcie, że jest to bardzo trudne.
Natomiast zwracam uwagę, że w sensie technicznym dyskusja dotyczyła analogicznej kwestii, jakiej dotyczyłaby np. dyskusja, czy pozwolić operatorom kablówek na blokowanie dostępu do pewnych kanałów telewizyjnych lub uzależnianiu go od dodatkowych opłat (niezależnie od nadawcy samego kanału). A przecież operatorzy kablowi takie prawo mają i nikt nie uważa za nienaturalne np. tego, że jest kilka pakietów i w najmniejszym nie ma Eurosportu, a w średnim co prawda już jest, ale nadal nie ma SAT1. A "Hallmarku" nie ma w żadnym. I tak bywa. Więc dlaczego potępiać za to samo dostawców Internetu i dlaczego żądać, aby posłowie im to uniemożliwili? To tak pod rozwagę. Tym bardziej, że w praktyce (przynajmniej u mnie tak jest) mogę sobie wybrać spośród przynajmniej kilku dostawców Internetu, a operatora kablówki bez przeprowadzki nie zmienię (z powodów częściowo biurokratycznych, a częściowo rynkowych - nikomu się nie opłaca wchodzić na teren opanowany przez rywala dla jednego klienta, chyba że za cenę, za którą się to klientowi nie opłaca). A chętnie bym z powodów ideologicznych chociażby dał zarobić operatorowi kablówki, który nie miałby w swojej ofercie żadnych państwowych kanałów - gdyby taki był naturalnie.
Więc gdzie właściwie jest ograniczana czyjaś wolność i co właściwie lepiej byłoby regulować?
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą