< >  wszystkie blogi

Bloga rytm naturalny...

"Ludzie o wiele częściej waliliby się młotkiem w palec, gdyby ból występował dopiero po roku" - N. Davila

Skrzynka odpowiedzi

29 maj 2009 ·
Przez jakiś czas nie odpowiadałem, więc teraz będzie dość długi wpis. Piszę na raty, z góry przepraszam, gdyby coś dziwnego się działo z wyglądem notki, z datą publikacji, etc. Cytując Bojowników pozwalam sobie wyciąć nadmiarowe moim zdaniem entery i przenoszenia do nowej linii - i bardzo proszę o wytykanie mi, gdybym przy okazji tych zabiegów niechcący zmienił sens czyjejś wypowiedzi. Na wszelki wypadek podaję, że wypowiedzi Komentatorów wyróżniam kursywą.

LordKaftan:

1. Niepoprawne, kontrowersyjne mysli w polityce są czymś dobrym. Pobudzają dyskusję i dają wybór.
Jednak w tym przypadku nie chodzi o poglądy. ale o swoisty paradoks, który mimo wszystko nazwałbym głupotą.
Gdyby JKM faktycznie pozbawił kobiety możliwości głosowania to straciłby 3/4 swojego elektoratu. Strzał w stopę...
Sam "strzał w stopę" nie jest powodem żeby nazwać taką decyzję głupią. Istnieje może wiele racjonalnych powodów, dla których ktoś chciałby się zranić.
I tu dochodzimy do sedna problemu->te powody powinny jednak być racjonalne, np. "Strzelę sobie w stopę, żebym nie musiał iść do wojska, bo tam mnie zabiją".
U JKM takiego powodu brakuje. Nie ma żadnych przesłanek, że wybory polityczne kobiet są gorsze niż wybory mężczyzn (co zresztą w takim przypadku znaczy "gorsze"?). Co więcej-z innych wypowiedzi Korwina winika, że kobiet się po prostu... boi. Reasumując: Mamy faceta, który strzela sobie w stopę (elektorat) i motywuje to tym, że dzięki temu wszyscy będą szybciej chodzić (wybory mężczyzn będą lepsze). Głupota to najłagodniejsze określenie takiego zachowania

Otóż ja przede wszystkim określiłbym takie zachowanie jako etyczne, a jak na polityka wręcz nad wyraz etyczne. JKM postuluje coś, co uważa za słuszne, choć kosztowałoby go to jakieś 55% jego elektoratu (3/4 to zdecydowanie zawyżony ułamek). Ja taką postawę bardzo pochwalam! I nie chodzi tu o Korwina. Przypominam rozłam w PiS-ie, jaki się dokonał przy okazji dyskusji o aborcji. Marek Jurek zrezygnował z funkcji Marszałka Sejmu, żeby dać wyraz niezgodzie na program PiS-u w kwestii dla niego ważnej. W tej konkretnej sytuacji stanowisko PiS-u było i jest mi znacznie bliższe, niż stanowisko Marka Jurka, jednakże potępiając samą sprawę, dla której walczył, jestem pełen podziwu dla jego postawy. To samo mamy w przypadku JKM postulującego zniesienie czynnego prawa wyborczego kobiet, też zresztą uważam, że JKM broni tutaj niesłusznej sprawy. Można nazywać to głupotą jako działanie nieopłacalne z punktu widzenia jednostki (zdaniem innej jednostki; może Korwinowi bardziej opłaca się nie zostać wybranym, ale móc spojrzeć w lustro bez wstrętu?). Jednak jeśli nazwiemy Korwina głupcem z tego powodu, to należałoby głupcami nazwać również wszystkich, którzy ginęli za ojczyznę, a także wszystkich, którzy wydają duże pieniądze na leczenie ludzi, którzy prawie na pewno nie będą już nigdy produktywni, np. na to, żeby jakiś 90-latek zamiast za miesiąc umarł - szacunkowo - za pół roku. Oczywiście o ile wydają własne pieniądze, w przeciwnym razie nie nazywa się ich "głupcami", tylko "złodziejami".

A teraz trzy sprawy, na które warto byłoby z punktu widzenia samej wyborczej opłacalności zwrócić uwagę, zanim się wyda tak kategoryczny osąd. Po pierwsze, miarą opłacalności wyborczej programu jest poparcie wyborców. JKM mówi to samo od 30 lat i jakoś liczba kobiet, które na niego głosują, drastycznie nie spada. To chyba świadczy, że jego program nie jest nieopłacalny, przynajmniej nie z powodów, o których wspomniał Komentator, gdyż po drugie, Korwin mógłby wprowadzić swoje postulaty w życie, gdyby został wybranym - a zatem w momencie, w którym, przynajmniej chwilowo, nie potrzebuje on głosów kobiet. A później? Cóż, o ile dobrze rozumiem JKM, nie jest on populistą, lecz politykiem, który uważa, że jeśli coś jest słuszne, to jest słuszne nawet wtedy, gdy 99% ludzi twierdzi inaczej, i należy to robić. Wreszcie po trzecie: gdyby w jakimś głosowaniu Kowalski dostał 2 głosy mężczyzn i 3 głosy kobiet, a Nowak 1 głos mężczyzny i 5 głosów kobiet, to na Kowalskiego zagłosowało więcej kobiet, niż mężczyzn, jednak zabranie kobietom prawa głosu jest dla Kowalskiego korzystne.

2. Jeśli ktoś twierdzi, że członkowie grupy X średnio gorzej nadają się do decydowania o kraju, niż członkowie grupy Y, ale nie uważa tego za wystarczający powód odebrania prawa głosu wszystkim członkom grupy X, to jest sabotażystą, który z premedytacją postuluje suboptymalne dla państwa rozwiązania - z zastrzeżeniem poczynionym w pkcie 6 niniejszego wywodu. Jedyne, co warto zrobić, to zadać mu pytania, czy dzieci powinny głosować, dlaczego, i jak duża jest zdaniem delikwenta różnica między jakością wyboru dokonanego przez grupę ludzi w wieku 17 lat i 364 dni od tego dokonanego przez ludzi w wieku 18 lat i 1 dzień. Niekoniecznie. Dana osoba może też stwierdzić, że odebranie praw do rządzenia grupie X będzie większym złem niż
zostawienie ich w spokoju.


OK - pod warunkiem, że Komentator się zgodzi, że jakaś osoba może też stwierdzić, że obalanie faszyzmu, komunizmu, nazizmu i rasizmu było większym złem, niż zostawienie ich w spokoju, i zgodzi się, że z faktu posiadania takiego światopoglądu powinno wynikać prawo do jego głoszenia, nawet jeśli Ktoś Bardzo Ważny uzna, że jest to pogląd szkodliwy dla państwa. Nb. w kraju demokratycznym jeśli X jest szkodliwe dla państwa, to głośne popieranie X też jest szkodliwe dla państwa, tyle że w mniejszym stopniu. Różnica jest mniej więcej taka, jak między przestępstwem, a podżeganiem do przestępstwa. Sugeruję to przemyśleć.

TERAZ BĘDZIE HIPERWAŻNY PUNKT!!!

3. "wybory nie są po to, żeby każdy sobie pogłosował, lecz po to, by dokonywać możliwie najlepszych wyborów"
To jest bardzo zabawne stwierdzenie w ustach UPRowca.
Czy głosowanie na partię, która nie ma szans dostać się do Sejmu, ewentualnie coś w tym Sejmie zmienić jest "dokonywaniem najlepszego wyboru" czy też "pójściem sobie pogłosować"? Bo oddanie "głosu zmarnowanego" to chyba jednak to drugie?


LordKaftan najwyraźniej źle odczytał słowo "każdy". Nie oznacza ono "kogokolwiek", oznacza tyle, że lepiej, aby głosowało mniej (nawet znacznie mniej) ludzi, jeśli poprawi to jakość wyborów. Oczywiście, żeby dokonać jakichkolwiek (w tym: najlepszych) wyborów, ktoś musi ich dokonać, a w tym celu musi "sobie pogłosować" (w szczególnym przypadku tylko monarcha "sobie pogłosuje").

Natomiast cała teoria zmarnowanego głosu to bzdura! Po pierwsze: w każdych wyborach mnóstwo głosów jest zmarnowanych. Weźmy przypadek najprostszy: druga tura wyborów prezydenckich. Marnują się wszystkie głosy oddane na przegranego, marnują się też te głosy oddane na wygranego, które przekraczają liczbę głosów oddanych na przegranego powiększoną o jedność. W wyborach do Sejmu jest to trochę bardziej skomplikowane, ale nadal marnuje się całe mnóstwo głosów. Co więcej: jeśli partia dostała 10000 głosów, a identyczną liczbę mandatów miałaby przy np. 9560, to oznacza nie tylko zmarnowanie 440 głosów oddanych na tę partię - to oznacza, że każdemu wyborcy tej partii można powiedzieć, że to właśnie jego głos się zmarnował! Teoria zmarnowanego głosu to rodzaj samospełniającej się przepowiedni: jeśli media odpowiednio skutecznie wmówią ją ludziom, to faktycznie partie, w stosunku do których będzie się przed tym ostrzegało, będą tracić głosy ludzi, którzy będą się bali je "zmarnować".

Z punktu widzenia UPR-owca sprawa jest banalna. Głos albo zostanie wykorzystany, czyli UPR się do Sejmu dostanie, albo zmarnowany, czyli się nie dostanie, a efektem głosu będzie rozdzielenie go między partie, które się dostaną. Niemniej nie jest to głos poparcia dla tych partii, a jego rozdział nie ma prawie żadnego znaczenia: jest mi wszystko jedno, który z tych socjalistycznych złodziei dostających się do Sejmu mnie okrada! Zatem nawet gdyby mój głos miał być języczkiem u wagi przy podziale mandatów między PiS, PO, SLD czy PSL, to wszystkie możliwe wyniki tego podziału będą równie złe. To co to za zmarnowanie głosu? Bardziej marnują się głosy np. elektoratu SdPL. Mój głos ma znacznie większą szansę przeważyć o tym, że do sejmu dostanie się kilkunastu UPR-owców, niż jego głos zdecydować o jednym SdPL-owcu więcej, zwłaszcza przy progach wyborczych.

A teraz popatrzmy na sprawę z punktu widzenia UPR-owca, który w odróżnieniu ode mnie jest zdecydowanie bardziej konserwatywnym, niż liberałem. On, istotnie, ma dylemat. Może głosować optymalnie na UPR, licząc się z tym, że jego głos rozłoży się pomiędzy partiami, których nie znosi, albo suboptymalnie np. na Libertas, licząc, że głos co prawda będzie oddany gorzej, ale za to jest większa szansa, że będzie miał znaczenie. To jednak jest wada każdych wyborów. Po pierwsze: nie można tego wiedzieć z góry, po drugie: gdyby się nawet wiedziało, oddawanie głosu w oparciu o tę wiedzę pokazuje słabość demokracji, która jest treścią twierdzenia Arrowa o niemożliwości. Dopiero takie głosowanie jest "marnowaniem" głosu! Trudno, tak bywa. UPR-owcy nie lubią demokracji, jednakże dopóki jest, próbują jej użyć do zwycięstwa nad nią. Jeśli się chce zwyciężać, trzeba grać na wygraną również na boisku adwersarza.

Zwracam też uwagę tych wszystkich, którzy zastanawiają się, czy wobec tak małej wagi głosu (tym mniejszej, na im większą partię się go odda) warto iść na wybory, że szansa, iż Twój głos cokolwiek zmieni, jest jakieś kilkanaście tysięcy razy mniejsza, niż szansa, że zginiesz w wypadku samochodowym idąc oddać ten głos. Porządny UPR-owiec ryzyka się nie boi i ten argument nie przekona go do niepójścia, natomiast mnóstwo socjalistów jest za tym, żeby nakładać na Kowalskiego ograniczenia po to, żeby nie zaszkodził sam sobie. No, to dajcie przykład, macie tu piękną okazję! Chyba, że macie w tej kwestii moralność Kalego: tego typu ograniczenia są dobre, dopóki ograniczają innych...
Wreszcie, na sam koniec, pragnę zauważyć, że UPR-owiec prawie zawsze "dokonuje najlepszego wyboru", a nie "idzie sobie pogłosować". I rzecz tu nie w tym, kogo się skreśli na karcie do głosowania, tylko jaka motywacja za tym stoi? Mnóstwo ludzi głosuje na tego, czy innego, "bo sondaże dają mu tyle a tyle procent poparcia". Miejsce takich ludzi nie jest przy urnach, tylko u bukmacherów! Pojawiając się przy urnach powodują, że teoretycznie mamy demokrację, ale w praktyce rządzi mniejszość - ta konkretna mniejszość, której wpływy są wystarczające do publikacji takich czy innych sondaży w takich czy innych mediach. Chyba nie sądzą Państwo, że takie wpływy ma więcej, niż 10% Polaków?
Co gorsza, z równie głupich powodów ("bo rodzina/znajomi robią tak samo", "bo ksiądz kazał", etc.) ludzie podejmują decyzję nie tylko na kogo głosować, ale żeby w ogóle głosować! To piszę, bo szczerze mówiąc trochę rozeźlony jestem (pomysłowymi: przyznaję) kampaniami na rzecz pójścia do wyborów. Ani jeden z autorów tych nawoływań i kampanii nie odpowiedział jeszcze na pytanie: dlaczego wyższa frekwencja jest czymś korzystnym? Odpowiadają na niektórych forach Internauci - w większości jest to kretyńska odpowiedź typu: "z tego samego powodu, dla którego badania są lepsze, gdy przeprowadzi się je na większej próbie: więcej mówią o społeczeństwie". Najwyraźniej ci ludzie uważają, że ważniejsze od dokonania dobrych wyborów jest dokonanie takich wyborów, które możliwie wiernie odwzorują społeczeństwo. Czyli: jeśli 90% poprze kradzieże, to lepiej pozwolić na kradzieże, bo odwzorowuje to społeczeństwo, niż ich zabronić, bo jest to lepszy wybór. Gardzę takim podejściem. Ale jeśli ktoś rzeczywiście tak uważa, to mam dwie sprawy. Po pierwsze: proszę jak najszybciej znieść progi wyborcze! Sejm złożony z czterech partii, sądząc po wynikach wyborów, z całą pewnością gorzej odwzorowuje społeczeństwo, niż Sejm złożony z kilkunastu partii, z których niektóre mają po 1 reprezentancie (nawet Partia Kobiet dostała ostatnio 0,28% głosów; 0,28%*460 po zaokrągleniu daje 1). A po drugie: ogłosić - najlepiej 1 czerwca, z okazji Dnia Dziecka - że gimnazjaliści i licealiści też mogą głosować do PE. Oni też są częścią społeczeństwa, co więcej: otrzymawszy tak nagle możliwość jestem przekonany, że skorzystaliby z niej znacznie tłumniej, niż dorośli.

Ostatni ważny aspekt. Jeśli próg wyborczy wynosi 5%, w poprzednich wyborach UPR dostała np. 2%, a w tych dostałaby 4%, to głosy oddane na UPR też nie będą zmarnowane. Co prawda nie pomogą one UPR-owcom przejść wyborów, ale ułatwią przed następnymi wyborami przekonanie tych, którzy popierają UPR, ale bali się zmarnowanego głosu...

A w ogóle: głos zmarnowany to głos oddany na kogoś innego, niż ten, kogo faktycznie popieramy, z obawy, żeby się nie zmarnował!

4. W momencie, w którym ta kobieta traci prawo głosu staje się w pewnym sensie niewolnikiem. Niewolnikiem praw, które będą ustanawiane przez innych. I ona nie będzie miałe nic do powiedzenia. A dobrowolne niewolnictwo trudno nazwać inaczej niż głupotą.

Taaa... Jeszcze trochę, i wyjdzie na to, że ja - wolnościowiec - popieram niewolnictwo...
Jest to bzdura kompletna, ale na tyle powszechna, że LordKaftan może czuć się w sporej części rozgrzeszony. Po tym, co wyprawiali z okazji Igrzysk Olimpijskich obrońcy Tybetu, większość Polaków istotnie ma sieczkę w głowie, gdy przychodzi do rozróżnienia problematyki wolności od problematyki niepodległości. W skrócie: dla sprawy mojej wolności ma znaczenie zakres nałożonych na mnie ograniczeń, dla sprawy mojej niepodległości ma znaczenie, kto jest w prawie te ograniczenia na mnie nakładać. Kobietom, o których pisze Komentator, nie grozi "niewolnictwo", tylko "podległość". Przy czym w odróżnieniu od niewolnictwa - które uważam za złe jako sprzeczne z ideą wolności (acz dopuszczalne w wypadku człowieka, który dobrowolnie się swojej wolności zrzeknie, a w niektórych wypadkach wobec przestępców) - ocena podległości zależy wyłącznie od tego, czy ten, komu podlegamy, jest rozsądny w sprawach, w których mu podlegamy. Dobrowolna podległość też nie jest niczym złym; mamy z nią do czynienia choćby wtedy, gdy idziemy do dentysty. Ja zresztą również nie miałbym nic przeciwko podległości jakiemuś kapitalistycznemu dyktatorowi, niezależnie od jego narodowości. Gdyby program gospodarczy Polski miał układać ś.p. Augusto Pinochet Ugarte, i nikt poza nim nie miałby w tej kwestii nic do gadania - byłbym jak najbardziej za, choć mój głos wówczas niewiele by znaczył.

To wszystko można naturalnie przeoczyć, ale jestem trochę zawiedziony. Postawienie sprawy tak, jak ją widzi LordKaftan, gdyby było słuszne, prowadzi w dość prostej linii do wniosku, że autorzy obecnego systemu wyborczego powinni ponieść odpowiedzialność za zmuszanie małoletnich do niewolnictwa, i to już Komentator powinien był moim zdaniem zauważyć.
5. Żadnego z czterolatków nie nazwałbym głupcem. Wytłumaczyłbym im dlaczego prawa wyborcze są takie ważne, dlaczego powinno ich się zrzekać i dlaczego nie można ich oddać w ręce czterolatków.
Czterolatki mają prawo jeszcze tego nie wiedzieć, osiemnastoletnie i starsze kobiety już powinny.


Zdziwię Pana: sporo osiemnastoletnich i starszych kobiet tego nie wie. Może wytłumaczy Pan im na łamach tego bloga, dlaczego powinno się praw wyborczych zrzekać? Może nawet uda się Panu przekonać np. Magdalenę Środę? Jeśli tłumaczenie będzie miało sens, obiecuję w tym pomóc.

6. Analogicznie - co podsunęła moja Żona - jeśli ktoś uważa, że wąsaci faceci średnio nie znają się na polityce (lub znają się gorzej, niż reszta populacji), to jest w pełni uprawniony żądać odebrania wszystkim wąsatym facetom prawa głosu - w tym JKM. Jeśli uważa, że feministki się średnio nie nadają - to wszystkim feministkom. Jeśli uważa, że szachiści nadają się średnio lepiej, niż nieszachiści - to zostawienia prawa głosu tylko szachistom. Jeśli twierdzi, że nikt nie nadaje się tak dobrze, jak niepełnosprawni - to zostawienia tylko niepełnosprawnym. (...) Znowu-musi być jakiś powód żeby tak uważać. Argumentacja typu: "Wąsaci faceci nie powinni głosować bo ich nie lubię" jest głupia. Natomiast argumentacja: "Wąsaci faceci nie powinni głosować bo w dostali 5% maskymalnej liczby punktów przy średniej 70%" jest dla mnie do zaakceptowania. Chociaż i tak bym się na odebranie praw nie zgodził (Jak zdefiniować kto jest wąsaty)

Nie wiem, czy Pan zauważył, ale w naszym kraju, żeby uważać tak czy inaczej, nie trzeba mieć żadnego powodu. Pierwszy z brzegu przykład: związki zawodowe od jakiegoś czasu domagają się, aby płaca minimalna wynosiła 50% płacy średniej; czy ktoś ich kiedykolwiek zapytał, dlaczego ma to być akurat 50%? To akurat jest zresztą słuszne: każdy światopogląd musi opierać się na jakiś założeniach - czyli czymś, czego z definicji się nie dowodzi, tylko przyjmuje bez dowodu za prawdę. Bez przyjmowania za prawdziwe jakichś założeń może Pan podważyć istnienie czegokolwiek i kogokolwiek poza Panem - polecam poczytanie o solipsyzmie. Argumentacja jest potrzebna nie do tego, żeby mieć pogląd, tylko do tego, żeby przekonać do poglądu. Ale zapewniam Pana, że prawie każdy, kto uważa, że jakiejś grupie należy odebrać prawo głosu (kobietom, dzieciom, upośledzonym, przestępcom, etc.), ma jakieś powody. Natomiast pełna zgoda co do tego, że konieczność urzędowego definiowania, kto jest wąsaty, to dobry argument, żeby nie pozbawiać wąsatych praw wyborczych, nawet jeśli znają się gorzej na rządzeniu od niewąsatych. Zresztą pragnę zauważyć, że gdyby urzędowe kryteria potrafiły być tak precyzyjne, to nie trzeba byłoby uciekać się do zabierania praw całej grupie (np. nieletnich) tylko dlatego, że średnio nadają się gorzej, niż pełnoletni - zapewne dałoby się wówczas precyzyjnie wskazać jednostki, które się nadają, i te, które się nie nadają. Gdyby się dało, to oczywiście optymalnie byłoby, żeby tylko one głosowały - niezależnie od wieku, płci, czy innych faktorów. Ale nie żądajmy niemożliwego.

"dzieckiem nie jest ten, kto udowodni, że jest zdolny mieć własne dzieci"-a co z dziećmi nieślubnymi? ;)





Nie rozumiem problemu. Dzieci nieślubne też są czyjeś. Definicja, którą podałem - nieidealna, przyznaję - to definicja czysto biologiczna. Żadne urzędowe kategorie typu "małżeństwo" nie są potrzebne, żeby była pełna - co najwyżej badania DNA są potrzebne, żeby była konstruktywna.
niq: "czy naprawdę Autor sądzi, że nikomu krzywda nie jest, jeśli za obiad (chleb/zupę - whatever), niezbędny do przeżycia TERAZ człowiek musi przehandlować dobro, które docelowo powinno/może posłużyć do jego przetrwania na dłuższą metę (nieważne, czy są to buty, czy narzędzia pracy, czy kluczyki do domu)."

Oczywiście! Gdy policzy się trochę dalej do przodu, to się dowiemy, że człowiek przehandlowuje możliwości zarobkowania/dorobek życia/etc. za uchronienie się przed śmiercią głodową. Opłacalność tej transakcji zależy od człowieka - jeden twierdzi, że jego życie jest więcej warte, niż jego majątek, inny nie - i ci, dla których to, co mają oddać, jest więcej warte niż to, co otrzymują w zamian - czyli przeżycie - po prostu się nie decydują. Co innego, gdy żyjemy w państwie, w którym nie tylko ktoś uważa, że życie ludzkie jest największą wartością, ale również ma możliwość narzucić postępowanie zgodnie z tym uważaniem innym (również tym, którzy się nie zgadzają). Wówczas powinien on postulować, aby człowiekowi, któremu obiad jest niezbędny do przeżycia, a któremu ktoś oferuje ów obiad za cały dorobek jego życia, zakazać odmowy. Chyba, że znajdzie się odpowiednio szybko korzystniejsza oferta... Ale ja nie z tych, co uważają za słuszne narzucanie innym względne wartościowanie życia i przedmiotów zgodne z własnym światopoglądem - więc ja bym nie zakazywał.

Petroff: "Szczerze mówiąc z tego wpisu nic nie wynika, jednym słowem, to bełkot :) Nie, nie chciałem być złośliwy, tylko się zastanawiam, czy nie za bardzo się przejąłeś rolą mentora, albo osoby, która musi odp. na każde pytanie... bo czasem odp. na pytanie wydaje się tym łatwiejsza, im mniej się zrozumiało pytanie..."

Nie, nie muszę odpowiadać na każde pytanie, i nawet z tego niekiedy korzystam. Natomiast postaram się odpowiadać tak, żeby coś z tego wynikało. I nie wykluczam, że niektórych pytań nie zrozumiałem, natomiast jeśli twierdzę, że zrozumiałem, to mogę być w błędzie, ale odkrycie tego faktu leży poza moimi możliwościami.

Nathell: "


Kodeks spółek handlowych, art. 17 § 3:

"Czynność prawna dokonana bez zgody właściwego organu spółki, wymaganej wyłącznie przez umowę spółki albo statut, jest ważna, jednakże nie wyklucza to odpowiedzialności członków zarządu wobec spółki z tytułu naruszenia umowy spółki albo statutu."

To jest przykład sytuacji, kiedy stan prawny podąża (nie bez kozery!) za stanem faktycznym."

I słusznie robi w tym przypadku, dziękuję za przykład. Tutaj nie wiem, czy dobrze zrozumiałem uwagę Komentatora, ale jak sądzę, nie zawiera ona polemiki z moimi tezami?

"Czyż częścią niezależności nie jest prawo do swobodnej selekcji publikowanych materiałów (w tym sond) i brak obowiązku tłumaczenia się z dokonanych wyborów przed kimkolwiek?"

Jak najbardziej jest. To, że ktoś publikuje nieobiektywny materiał, nie dowodzi niezależności - na ogół jednak jest mocną przesłanką zależności. Jeśli jakaś stacja konsekwentnie przemilcza jedno ugrupowanie, to chyba oczywiste jest, że zależy ona od kogoś, komu na tym zależy? Nieobiektywność w kwestiach politycznych najczęściej znamionuje ogromną zależność medium! A w Polsce w ogóle nie ma niezależnych telewizyj. Niezależna telewizja mogłaby propagować rasizm, reklamować piwo i papierosy, nadawać seks i przemoc w dowolnych godzinach, a także reklamy w dowolnej ilości, dowolnej głośności, i dowolnie zabezpieczone przed inteligentnymi algorytmami wycinania ich podczas nagrywania - np. poprzez pozostawienie znaczka firmowego. Zresztą o czym my mówimy, skoro w Polsce telewizja niepubliczna może mieć obowiązek opublikowania (płatnie, a jakże!) ogłoszenia, gdy obowiązek ten nałożony jest przez sąd jako element wyroku w sprawie, w którym ta telewizja nie tylko nie jest stroną, ale nawet świadkiem?!
 

2 komentarze
bearserker1
bearserker1 - Bojownik   |  2 miesiące i 4 dni temu  |  
No to przepraszam za komentarz do odpowiedzi, ale sie nie powstrzymam.
Dobrowolna podleglosc jest ok, tu sie zgadzamy, ale glupota jest pozbawianie sie mozliwosci interwencji w razie nie wypelniania przez "Suzerenow" obietnic zlozonych przed poddaniem sie ich wladzy.
Dlatego odebranie praw wyborczych komukolwiek czy tez dyktatura nie powinna byc mozliwa.
Przyklad: Obiecam Ci ze jesli dasz sie zakuc w kajdanki bez zadnej innej mozliwosci uwolnienia sie jak tylko rozkucie przeze mnie, to bede sie troszczyl o twoje prawa najlepiej jak umiem. Uwierzysz?
Czy za cene wprowadzenia mozliwosci odebrania komus praw wyborczych dalbys sie zamknac takim oszustwem na zawsze w dyktaturze socjalistycznej?
Bo to proponujesz, a sam dales takie pytanie dawno temu przy omawianiu kary smierci, a dla mnie to gorsze od smierci wiec pytam. :)
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
Petroff - Literatka   |  5 miesięcy i 19 dni temu  |  
Wow, nie dałeś się sprowokować :)

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi