Lektura "Angory" przypomniała mi, że chciałem w sprawie Kataryny się wypowiedzieć. Sprawa na tyle głośna, że nie podaję szczegółów; Państwo je znają, a ci, co nie znają, są w stanie błyskawicznie znaleźć w internecie.
Nie mam pojęcia, jaki jest stan prawny działań podjętych przez wszystkie strony konfliktu, natomiast z punktu widzenia tego, jak powinno być w normalnym kraju, rację mają wszystkie strony: Kataryna i K. Czuma i "Dziennik". Przynajmniej w dużej części.
Zacznijmy od "Dziennika". Gazeta moim zdaniem ma prawo udostępniać wszystkie informacje, które są legalnie publicznie dostępne, z wyjątkiem tych, których publikator zastrzegł wyłączność. Jej praca sprowadza się do tego, żeby te informacje odszukać (co nie zawsze jest łatwe), odpowiednio zredagować i zdecydować, które są istotne. O ile mi wiadomo, "Dziennik" tej granicy nie przekroczył. Nie czytałem co prawda samego pisma, czytałem natomiast w innych gazetach, że "na podstawie podanych informacji internauci są w stanie zidentyfikować blogerkę w parę minut". Co oznacza, że można ją zidentyfikować na podstawie publicznie dostępnych informacji, a gazeta tylko wyszukała, których. Jednak tutaj nie znam artykułu z "Dziennika"; jeśli podał coś ułatwiającego identyfikację, a niedostępnego w internecie, to wycofuję się z przyznania mu racji.
Rację ma Kataryna, bo każdy ma prawo publikować pod pseudonimem. Co prawda uważam za wysoce niemoralne i nieetyczne wypowiadanie się w sprawach ważnych przez kogoś, kto nie ma odwagi opatrzeć tychże wypowiedzi własną tożsamością - a za sprawy ważne uważam kwestie polityczne. Nie uważam natomiast, żeby ktokolwiek - czy to obywatel, czy ustawodawca - miał prawo wprowadzać nakazy lub zakazy bazując na tym, co uważa za moralne i etyczne, a co nie.
Rację ma również K. Czuma z tego powodu, że w praworządnym państwie każdy powinien móc każdego pozwać, kiedy tylko mu przyjdzie ochota. Oczywiście sąd powinien móc (i w Polsce, na szczęście, może) oddalić pozew jako "oczywiście bezzasadny" - ale bezzasadność musi stwierdzić
sąd, nie zaś opinia publiczna, administrator tego czy innego portalu, czy - o zgrozo! - sam niedoszły podsądny.
Rozwiązaniem byłoby umożliwienie składania pozwów przeciwko osobom, których tożsamości się nie zna, o ile poda się wystarczające dane do jednoznacznego zidentyfikowania, kogo właściwie się pozywa. W tym przypadku K. Czuma powinien móc pozwać "blogerkę (lub blogera albo grupę blogerów!) o ksywie Kataryna, która opublikowała taki i taki tekst pod takim i takim adresem o tej i o tej porze", nawet nie znając jej nazwiska. Po czym sąd żąda od administratora portalu danych blogerki - wyłącznie na własny użytek. I sprawa się zaczyna, przy czym nic nie stoi na przeszkodzie, żeby była jawna, z wyjątkiem tożsamości pozwanej, która zeznaje zdalnie, niewidoczna dla publiki i pismaków, z modulowanym głosem. Byłby wilk syty i owca cała. To znaczy: może nie cała, bo Kataryna zapewne wolałaby nie być pozywana (mało kto lubi być pozywany), ale jak już napisałem: pozywanie kogokolwiek powinno być prawem i możliwością każdego w praworządnym państwie.
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą