Sąd wydał wyrok w sprawie emerytki, która nie nabiła usługi ksero na kasę fiskalną, czym naraziła fiskusa na stratę 2 gr. Skazał ją na 130 zł kary i 170 zł kosztów postępowania sądowego. To nie koniec sprawy, bo na pewno będą odwołania, jednak na razie stan jest właśnie taki. Prawo, na podstawie którego sąd wymierzył karę, jest kretyńskie i niemoralne - jest nim ustawa o VAT - jednak rolą sądu jest je wypełniać, a nie wdawać się w jego ocenę. Dlatego tutaj uważam, że sąd miał rację.
Media uprawiają w tej sprawie klasyczną manipulację. Dosłownie w każdym artykule, który czytałem na ten temat, informacja, iż chodzi o oszustwo karno-skarbowe była starannie przykryta, a na wierzchu była informacja, że chodzi o 2 grosze. Oczywiście
wysokość oszustwa ma znaczenie - dla
wysokości kary. Dokładnie tak samo
fakt oszustwa jest tym, co powinno mieć znaczenie dla
faktu kary. Albo czyn należy do kategorii karalnych, albo nie - i na to pytanie powinien jasno odpowiedzieć sąd, zanim w ogóle spojrzy na kaliber sprawy. Tutaj uznał - słusznie zresztą - że jest to czyn karalny.
Wysokość kary też nie budzi większych zastrzeżeń. Jest niewielka jak na oszustwo karno-skarbowe, ale dotkliwa w porównaniu z wysokością szkody. Uważam, że ogólnie w tego typu przypadkach stosowanie wzoru typu a+x*b ma sens, gdzie a to jakaś stała kwota, x to wysokość oszustwa, b to jakiś stały przelicznik - pod warunkiem dobrego ustalenia a i b. Jak dla mnie a w okolicach średniej krajowej dniówki brutto i b gdzieś między 3 a 10 ma sens, zarówno dla oszustw kilkugroszowych, jak i miliardowych. Nie budzi też moich zastrzeżeń poniesienie kosztów sądowych. To zawsze powinno obciążać stronę, która proces przegra - w faktycznej wysokości, niezależnie od kalibru sprawy.
W tym przypadku jest jeszcze mnóstwo niejasności. Na przykład: czy powinna odpowiadać sprzedawczyni, czy właściciel, który podobno był winny temu, że ona nie mogła nabić xero na kasę fiskalną? Albo - już całkiem gdybając - czy gdyby odmówiła paragonu tłumacząc, że kupujący odszedł już wcześniej od kasy bez niego, a w ogóle niech on udowodni, że paragon mu się należy - można byłoby cokolwiek zrobić? Ale nie tymi detalami chciałem się tu zajmować. Chciałem tylko stanąć po stronie sądu, na który wymyśla cała kupa internautów.
Oczywiście sąd mógł powołać się na przepis o niskiej szkodliwości społecznej i odstąpić od wymierzenia kary (nie: uniewinnić!). Jednak sądy są właśnie po to, żeby wybierać
jedno ze zgodnych z literą prawa wyjść z konkretnej sytuacji - i od tego są sądami, żeby ich wybór uznać za słuszny, nawet jeśli Franek Kowalski spod budki z piwem uważa, że powinien był być inny. Co innego, gdyby sąd jawnie orzekł niezgodnie z prawem (na przykład słuchając J. Kaczyńskiego, że powinien orzekać "zgodnie z polską racją stanu"), albo gdyby np. przez czyjeś przeoczenie działanie emerytki było legalne i zostało zdelegalizowane później. Wtedy byłby powód do krytyki.
1. Zaszedł kliniczny niejako wypadek prowokacji. Być może się mylę, lecz inspektor skarbowy nie ma prawa stosować takiej metody, zaś dowody uzyskane przy jej pomocy powinny zostać przez sąd od razu na wstępie odrzucone. Ale mogę się mylić :)
2. Paragon winien być wydany przy transakcji, nie zaś dopiero przy powtórnej bytności młodego inspektora. W takim wypadku sprzedawca ma pełne prawo odmówić wydania paragonu, chyba, że klient udowodni, że daną rzecz lub usługę nabył u niego właśnie (co w pewnych przypadkach jest możliwe - np. w wypadku rzeczy unikatowych lub oznaczonych przez sklep). Z prostej przyczyny - podatek ma odprowadzić tylko od swojej sprzedaży :) W przeciwnym wypadku każdy miałby prawo po wejściu do sklepu żądać paragonu, nawet za nieistniejącą transakcję, powołując się na to, że dana rzecz czy usługa jest w tym lokalu w sprzedaży.
A że pani emerytka spanikowała i przyznała się z mety - to już jej sprawa - i niech za to płaci frycowe :P
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą