Pisałem już kiedyś, że w partykularnym interesie każdego człowieka jest, aby panował wolny rynek wszędzie - z wyjątkiem branży, w której ów człowiek pracuje. Racjonalni ludzie myślą jednak o sobie jako o Konsumentach, a irracjonalni jako o Ludziach Pracy (irracjonalni, bo oni dają się uwikłać w dylemat więźnia niejako dobrowolnie). I taki irracjonalny, decydując się np. zagłosować na tego czy innego polityka, nie zada sobie pytań: "który zrobi dobrze dla mnie,
zjadacza chleba?", "który zrobi dobrze dla mnie,
nosiciela spodni?", czy "który zrobi dobrze dla mnie,
użytkownika komputerów?", tylko: "który zrobi dobrze dla mnie,
piekarza?", "który zrobi dobrze dla mnie,
szewca?", czy "który zrobi dobrze dla mnie,
programisty?"
A dlaczego o tym piszę? Bo w sobotę byłem na weselu swojego najlepszego Przyjaciela i usadził mnie on naprzeciwko swojego "najbardziej gadatliwego krewnego", jak sam stwierdził. Rozmowa zeszła na politykę... a ja przeżyłem szok, bo ów krewny pasował do powyżej przytoczonego schematu dosłownie jak wyjęty z podręcznika. Jest to rolnik. Za mało znam rolników, żeby odważyć się na uogólnienie typu "inteligentny jak na rolnika", ale niewątpliwie "inteligentny, jak na utarty w głowie przeciętnego polskiego mieszczucha stereotyp polskiego przeciętnego rolnika". Ten gość był skłonny zaakceptować wolny rynek w jeszcze większym stopniu, niż ja (o ile dobrze się zorientowałem, nie miał nic przeciwko prywatyzacji służby zdrowia, ale nawet policji (!), wojska (!!) czy administracji (!!!)), ale
kategorycznie sprzeciwiał się uwolnorynkowieniu rolnictwa. Żądał dopłat, gwarantowanych skupów po "godziwych" cenach i zaporowych ceł.
Dosłownie, zdumiewające doświadczenie. A swoją drogą ciekawy jestem, jak sobie to wyobrażał przy prywatnej administracji...
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą