Tak, państwo nie powinno odpowiadać za piłkarzy. Oni rzeczywiście z własnej woli grają np. w Lechu Poznań, ze wszystkimi tego konsekwencjami, przy czym nie powinno mieć znaczenia to, czy i w jakim stopniu te konsekwencje dawało się przewidzieć. Dokładnie tak samo, jak przedsiębiorca może upaść tylko dlatego, że jakiś jego duży kontrahent zbankrutuje (albo... klient z powodu bankructwa banku!), i wtedy trudno się mówi! Oczywiście, może i powinien dochodzić odszkodowania od kontrahenta lub banku - pytanie pozostaje o skuteczność.
Natomiast w ramach wypłacalności takiego kontrahenta - czy też, ogólniej: winowajcy - należy to odszkodowanie przyznać. Jeśli się okaże, że piłkarze są stratni, bo prawo łamał PZPN, to płacić powinien naturalnie PZPN, a nie państwo, które nagle udowodniło, że PZPN łamie prawo. Tyle, że w sensie finansowym to niewiele wnosi, bo tak czy owak zapłaci podatnik. Chyba, że uda się przerzucić odpowiedzialność na konkretnych ludzi.
Nie, klienci niekoniecznie zbiednieją, mogą całkiem upaść, przynajmniej gdybym to ja tworzył ten system. Wówczas klient mógłby wybrać, czy idzie do banku zrzeszonego w jakimś funduszu gwarancyjnym, czy do takiego, który jest niezrzeszony i w razie jego upadłości traci się wszystko, ale oferuje np. dwa razy wyższe oprocentowanie w zamian.
W totolotku nie mamy gwarancji, że wygramy, ale mamy gwarancję (np. w Multi-Lotku), że JEŚLI wygramy, to wypłaci się nam tyle a tyle. Jest to gwarancja tego samego typu, jaką daje bank mówiąc, że za rok zapłaci nam tyle a tyle za to, że trzymamy w nim pieniądze. Oczywiście, jedna i druga gwarancja opatrzona jest niedopowiedzianą klauzulą "o ile będzie z czego wypłacić", i oczywiście stuprocentowej gwarancji, że będzie z czego, nie ma. Zawsze może się zdarzyć, że każdy grający trafi 10 z 20 liczb i totolotek będzie musiał milionowi ludzi wypłacić po milion złotych. Najczęściej jednak jest z czego, bo tak się oblicza wysokości wypłat - a jeśli nie ma z czego, to firma (pechowa lub - częściej - źle licząca) bankrutuje, wypłaca ile może, zostaje z długami, i robi na rynku miejsce dla nowej firmy.
Gdyby banki i totolotki były równie wiarygodne, jeśli chodzi o stopy zwrotu, i tak mogłyby przeżyć długo i mieć inwestorów. Totolotek jest równie wiarygodny, co totolotek, jeśli chodzi o stopy zwrotu, a jednak żyje sobie bardzo długo (co ciekawe: jako jedna z nielicznych spółek państwowych nie musi celem tego przeżycia być przez państwo dotowana, a wręcz przeciwnie: płaci od swoich zysków dość wysokie podatki), a co zajrzę do kolektury (zdarza mi się raz na jakiś czas), widzę inwestora zostawiającego tam nie 10, ale między 100 a 200 złotych. Bank o podobnej wiarygodności i podobnej stopie zwrotu rzeczywiście by nie przeżył długo, ale nie ze względu na owe parametry, tylko dlatego, iż nie różniłby się wówczas niczym od totolotka - a biznes jest zbyt dochodowy, żeby pazerne państwo wypuściło monopol ze swoich łapsk.
Na szczęście banki są bardziej wiarygodne, za to maksymalna stopa zwrotu jest mniejsza. Na szczęście - bo dzięki temu mamy różnorodność, w której zarówno człowiek z dużą, jak i ten z małą skłonnością do ryzyka, znajdą coś dla siebie. Niemniej banki to też ryzyko. Jak ktoś chce mniejsze, to niech kupi obligacje, a jak jeszcze mniejsze, niech kupi za swoje oszczędności złoto i zakopie w sobie tylko znanym miejscu. Tylko proszę pamiętać, że bez ryzyka nie ma zysków - i nie domagać się od tych, co zaryzykowali i zyskali, żeby się podzielili z tchórzami.
Żyjemy w czasach, w których ludzie powtarzają (w znaczącej części: cudze) argumenty, w ogóle nie zastanawiając się nad ich implikacjami. Sądzę, że z lenistwa, ale to moja prywatna ocena. Oto zobaczyłem niedawno na jakimś forum dyskusję na temat zakazywania uczniom niektórych szkół posiadania przy sobie telefonów komórkowych i odtwarzaczy MP3 nawet tylko po to, żeby użyć ich na przerwach(!) - a otóż i argumentacja za: żeby nauczyciele mieli pewność, że nikt ich nie nagrywa. Było jeszcze Re: (niech nauczyciel pracuje tak, żeby nie wstydzić się, gdy ktoś go nagra) oraz Re: Re: (to nie ma znaczenia, ważny jest sam komfort pewności, że nikt nie nagrywa), ale bez większego znaczenia dla sprawy.
Porażające dla mnie jest to, że nikt nie napisał, iż gdyby ten argument miał być uznany za słuszny, to zakaz powinien dotyczyć wszystkich osób w szkole - nie tylko uczniów!