Komentator mzakras, który niedawno pojawił się na blogu, zadał na HP pytanie - podobno dla niego ważne. Bojownikom ze stażem blisko mojego wiadomo, że HP to ostatnie miejsce, na którym można spodziewać się poważnej odpowiedzi na pytania, jeśli nie jest się członkiem Redakcji JoeMonstera. Co innego jednak na moim blogu, tym bardziej, że część Czytelników może znać odpowiedź (wiem, że są tu tacy, którzy się tym interesują). A przy okazji ja chętnie ją poznam, choć dla mnie nie jest ona aż tak istotna.
Pytanie brzmi: który w kolejce do tronu brytyjskiego, według panujących ówcześnie zasad byłby Artur, książę Connaught i Strathearn, syn Wiktorii Hanowerskiej? W miarę możliwości proszę o odpowiedź możliwie pełną i z możliwie podanymi źródłami.
Mam dwie zagwozdki. Pierwsza to mały pikuś: chodzi o to, że z dnia na dzień wydaje mi się, że warszawscy kierowcy są coraz uprzejmiejsi. Zastanawiam się, czy to znak czasów, przypadek, czy błąd pomiaru.
Znacznie poważniejsza jest druga zagwozdka, bo dostałem dzisiaj dwa maile z prośbą o to, żebym się wypowiedział, komu popieram oddanie 1% podatku. Będę miał pewien problem, trochę się nie spodziewałem, że blog jest przez kogoś postrzegany jako aż tak opiniotwórczy. Ale podumam i obiecuję odpowiedź w ciągu tygodnia od teraz.
Dopiero teraz przeczytałem w dzisiejszym "Metrze", że niektóre kobiety, które uważam za feministki, popierają obowiązkowe badania (np. Manuela Gretkowska). W niczym nie zmienia to faktu, że wśród głosów rozsądku (za takie uznaję głosy przeciwko obowiązkowi), które słyszałem od osób znanych, wszystkie pochodziły od feministek. Co, jak sądzę, potrwa tylko tak długo, jak długo do tematu nie dorwie się jakiś znacznie bardziej niż ja znany liberał, ale jest warte odnotowania.
Aha - i oczywiście działaniom, które mają na siłę zabezpieczać człowieka przed jego własną śmiercią spowodowaną jego własną niefrasobliwością, jestem przeciwny w ogólności i z powodów pryncypialnych, natomiast konkretny temat można potraktować konkretnie.
Stoję na stanowisku, że umów należy dotrzymywać niezależnie od tego, jaka jest np. moralna ocena konkretnej sytuacji. Często jednak trafiają się umowy, których "dotrzymywanie" jest trudne do zdefiniowania z powodu mnóstwa kruczków i niezrozumiałych, czy też niejednoznacznych sformułowań zawartych na pierdylionie zadrukowanych drobnym maczkiem kartek. Mam następującą propozycję jako zasady, które mogłoby przyjąć w spornych sytuacjach sądownictwo:
1. W przypadku, gdy udaje się sądownie ustalić, że strona A umowy miała znacząco większy wpływ na jej ostateczną treść i formę, niż strona B umowy, każda niejednoznaczność jest interpretowana na korzyść strony B.
2. W przypadku, gdy pkt 1. nie doprowadzi do rozstrzygnięcia, ale strona A umowy jest znacząco silniejsza, niż strona B umowy (np. duża firma versus mała firma, firma versus osoba prywatna), każda niejednoznaczność jest interpretowana na korzyść strony B.
Strona silniejsza z reguły może bez problemu wymóc usunięcie niejednoznaczności, tym bardziej może to zrobić autor treści umowy - a jeśli nie potrafi, może kazać klientowi, aby sam napisał sobie np. umowę kredytową albo umowę z operatorem komórkowym. Nie chodzi mi o to, żeby umowa zawierała każdy detal, bo zapis typu "treść punktu 1. należy interpretować zgodnie ze zdrowym rozsądkiem" nie jest niejednoznaczny dla sądu opierającego się na zdrowym rozsądku. Nie - chodziło mi o zapisy na wskroś precyzyjne, ale wzajemnie sprzeczne, albo tak pogmatwane, że trzeba przeanalizować położenie pięćdziesięciu przecinków wstecz, żeby zorientować się, co właściwie mówi paragraf.
Niestety - dla tych, którzy uważają, że konkretny przypadek powinien mieć pierwszeństwo przed ogółem - powyższe zasady, aby odniosły skutek, powinny być nienaruszalne. Jeśli pojawi się jakakolwiek, choćby teoretyczna możliwość ich złamania w "jedynym", "wyjątkowym" przypadku, w którym okaże się to "moralnie słuszne" - to w mig zasada będzie regularnie łamana na korzyść strony, która ma lepszych prawników do udowadniania, że dany przypadek jest "jedyny", "wyjątkowy" i "moralnie słuszny"...