(uwaga: długi, ale mądry post z pytaniem retorycznym)
Nie wiem, jak Szanowni Internauci, ale w trzeciej klasie liceum doszedłem do wniosku, że niemal wszystkie lektury, które musiałem przeczytać, kończą się źle, mówią o śmierci i skłaniają mnie coraz bardziej do tego, żeby kupić sobie pistolet i palnąć sobie w łeb.
Zacznijmy od takiej
Antygony i Króla Edypa...
Klasyczna tragedia grecka,. czyli najpierw wszyscy cudzołożą, we wszystkich możliwych kombinacjach: matka z ojcem, brat z siostrą, córka z synem, który jest jej wujkiem, itp. itd, a potem się za to zabijają.
O średniowieczu i facecie, który
gadał ze śmiercią nie wspomnę, bo to już zadanie dla europosła Klicha ("dlaczego? Bo on jest psychiatrą...!"). Możemy potańczyć, ale tylko ze śmiercią.
Co nieco lepiej jest w renesansie, ale tam z kolei jest dżuma, albo jaka inna cholera i w końcu wychodzi na to, że trzeba zjeść tego
sokoła, bo inaczej mały umrze.
Kochanowskiemu umiera Urszulka, więc lipa (czarnoleska), a w Anglii pióro bierze do ręki
Szekspir. Ten to dopiero pisał. Nie dość, że mu się teatr spalił, miał parę seks-afer, to jeszcze te jego tragedie. Podsumowując, wychodzi na to, że:
- kochać nie warto, bo na pewno coś nam się pomyli i wylądujemy w grobie, (co z tego, że wspólnym??)
- mścić się nie warto,
- zastanawiać się nad sensem życia też nie warto, bo i tak wyjdzie, że "Nie być".
Potem był
barok i, dla odmiany, ludzie zaczęli myśleć o śmierci. Przemijanie, vanitas, lustra, czaszki i takie tam duperele. Znów pojawiają się choroby psychiczne (
Do trupa...). Ostatnią deską ratunku są jeszcze komedie Moliera, ale tych jak na lekarstwo.
W oświeceniu jest w miarę OK, pewnie dlatego, że nauka poszła do przodu,
wymyślono ateizm, "religię w wersji lite", czyli deizm i ludzie zaczęli myśleć nad czymś rozsądnym. Ale nie na długo, bo potem paru natchnionych z Niemiec się zbuntowało, zaczęli się burzyć i napierać, i powstał
romantyzm.
Tam to dopiero się porobiło! Najpierw
Werter uznał, że miłość zawsze jest nieszczęśliwa i strzelił sobie w łeb, a za nim pół młodego pokolenia. Potem Polskę podzielili na
zabory i nikomu do śmiechu nie było. W "Panu Tadeuszu", co prawda, młodzi mają się k'sobie, i nawet pomaga nam
Napoleon! Z tym, że trochę mu to nie wychodzi, bo w Rosji jest za zimno i musi uciekać.
[Edit] O! Zapomniałem:
nie chodźcie na maliny nad Gopłem!
Bo Balladyna już czeka.. (Dzięki za przypomnienie Rudamaupo)
Jeżeli jest się młodym, zdolnym i buntowniczym, to idziemy do więzienia na święta; niezależnie co zrobiliśmy, to w Haloween przyjdziemy na świat pożebrać, albo przynajmniej postraszymy dziewczynę, która nas zdradziła i przez którą się zabiliśmy - to morał
"Dziadów".
Jeśli próbujemy działać sami, to nic nie wyjdzie - uczy nas
Kordian. Jeśli razem - to tym bardziej -
"Nie boska komedia" -, bo i tak na końcu przyjdzie Dżizas i nas pozabija.
Można co prawda wyjechać na
emigrację, ale tam zachorujemy na gruźlicę, a w dodatku nasz fortepian sięgnie bruku. W międzyczasie przegrywamy wszystkie możliwe powstania, a w okolicach stycznia postanawiamy zacząć
pracować.
Tyle, że to nam też nie wychodzi, bo nie jesteśmy zgrani, a jeśli już jesteśmy, to pieniądze i prywata zawsze zwyciężaja.
Jeśli mamy sklep, to nie zakochujmy się w młodych, próżnych laskach z dobrego domu, bo są albo zadłużone, albo kochają tylko dla pieniędzy i przy najbliższej okazji nas wydymają. Pozostaje nam wziąć i wysadzić się w powietrze - Jebudu!
albo rzucić pod pociąg. A! Nie zapomnimy, że chodząc po Warszawie idziemy tylko
Powiślem, bo tam brud smród i głód.
Możemy też umrzeć, zacieśniając codziennie
kamizelkę, lub oddać życie pracując jako nauczycielka, ewentualnie dać się stratować przez tłum (jeśli jesteśmy Żydami). Co z tego,. że Gloria, skoro Victis?
Jeżeli chcemy się rozerwać, to proponuję wybrać się do Rosji, tam można zaciągnąć pożyczkę i jej nie spłacić; za to można zdzielić
lichwiarkę siekierką po plecach, a w tym miesiącu także jej siostrę gratis! Teraz w pakiecie, zbrodnia i kara. za tę samą celę!... yyy.. cenę.
Kiedy już zrozumiemy, że ani
romantyczne powstania, ani
pozytywistyczna praca nie prowadzą do nikąd, możemy zacząć
palić absynt, pisać opium i pić wiersze (w dowolnej konfiguracji). Kolega Schopenhauer (ten to się dopiero nachlał) mówił, że nie ma po co żyć, można tylko oddać się Nirwanie, albo pokontemplować sztukę. Nietsche mówił, że nawet Bóg umarł, a Verlain, że wszystko wypite i zjedzone!
Możemy wpaść na
Wesele, ale tam zabiorą na kosy, i zrobią nas w trąbę (albo inny róg). Możemy też pójść do Chłopów, ale uprzedzam - Boryna też umiera.
Ale możemy też powrócić do Warszawy ze studiów medycznych w Paryżu i okaże się, że od czasów Wokulskiego nic się nie zmieniła! Brud smród i płacz. Możemy wyjechać do sanatorium, ale tam nie jest lepiej. W końcu okazuje się, że musimy wybierać:
a) miłość
b)praca
(chociaż większość ludzi potrafi genialnie łączyć te dwie rzeczy, nasz
Judym nie).
Kiedy już Europa nam się znudzi, płyniemy do
Kongo, żeby zobaczyć, że tam też potrafimy zabijać i umierać z wyrzutów sumienia. Palimy wioski i ograbiamy słonie z kości.
Jeżeli myślicie, że autorzy naszych lektur umilą nam dalszą epokę, to nie! Bo teraz będą
wojny: pierwsza, druga, trzecia, co który wymyśli. Są jeszcze rewolucje, a jak
Baryka przyjeżdża do Polski, to nie ma w nich
szklanych domów, a Warszawa jest brudna, smródna i głódna i....
=====
Jak na razie czytam pierwsze rozdziały "Granicy" i chyba nowości nie będzie.
Dlaczego, jeśli książka jest smutna i mówi o jakiś egzystencjalnych bzdetach, to od razu musi się stać lekturą? Nie ma jakiś komedii? Jakiejś lekkiej powiastki?
Obronną ręką wychodzi tylko
"Potop" (HURRA!) i "Quo Vadis". (Choć tam trup też ściele się gęsto, ale przynajmniej Linda, znaczy Petroniusz ma gadane i mówi Neronowi:
" I co ty, miedzianobroda maupo wiesz o zabijaniu...")
I jak tu nie być przygnębionym, jeśli w każdej lekturze ktoś musi umrzeć, bo albo fatum nad nim czuwa, albo planów nie może zrealizować, albo znowu w życiu mu nie wyszło...
???
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą