Informacja

Przykro mi pokhum nie ma jeszcze bloga

ścieżka zdrowia

2012-02-07 23:19:55 · Skomentuj
Zapewniono mi bardzo fajną rozrywkę - przez ostatnie 10 dni codziennie chodziłem do zabiegu operacyjnego. Roboty było sporo, fizycznie również ciężko, ale na szczęście - przetrwałem i jutro mam pierwszy 'spokojny' dzień na ESWL. Co prawda może się tam zdarzyć jakieś niezpowiedziane zejście, ale jest to przypadek jeden na 10 000 więc aż tak bardzo się nie boję. W sumie to nawet nieźle - będę sobie grzecznie siedział cały dzień.

Wyjątkowy luksus, gdyż przez ostatnie kilka dni musiałem stać po ponad 7 godzin przy stole i nie mogłem sobie pozwolić nawet na ziewnięcie. To naprawdę wykańczało fizycznie, chodziłem wcześnie spać. Istnieje cień szansy, że teraz będzie lepiej. Z drugiej strony nieco żałuję, że już się skończyło - warto byłoby jeszcze na taką ścieżkę zdrowia wskoczyć.

Nie wiem, co o mnie mówią współpracownicy, ale coś przebąkują o rekordzie wśród nowoprzyjętych rezydentów. Tak więc generalnie - było miło, ale się skończyło, chlip. Mam tylko nadzieję, że teraz nie pójdę w odstawkę i będę mógł solidnie popracować nad pacjentami bo to ostatnio u mnie kulało. Prowadziłem tylko jednego pacjenta i prowadziłem go dobrze bo profesor nie miał zastrzeżeń, a to naprawdę duży sukces, skoro takie guru nie ma mi nic do zarzucenia. Tym bardziej, że pacjent nie był 'prosty' zarówno pod względem medycznym jak również pod względem charakteru. Udało się szczęśliwie doprowadzić do sukcesu i zakończenia terapii bez powikłań, więc jestem z siebie dumny.

Tak czy inaczej - życie toczy się dalej i trzeba teraz się mocno skupić nad tym, aby nie dać plamy. Teraz niestety czeka mnie ostra walka z 'przyziemnościami' a więc - trzeba ostro pracować nad podstawami aby i tutaj mieć wyrobiony totalnie dobry zmysł i ioanowane proste procedury. I też nie dać plamy. I cieszę się bardzo, że spotka mnie jakaś odmiana w tym tygodniu, choć serducho się rwie do operatywy.

Nowy kontrakt na klinice

2012-02-04 14:17:00 · Skomentuj
Słowem wstępu - dostaliśmy wczoraj nowy kontrakt z NFZtu, taki ładny, zalakowany, podpisany przez panów wielmożów z NFZtu co o niczym pojęcia nie mają i czasem mam wrażenie, że ich sekretarki są dużo bardziej kometentne od nich samych, ale do rzeczy.

Wg tego kontraktu wyrobiliśmy całe 54% normy za styczeń (wg starego kontraktu 95%). Pomijam już fakt, kiedy ten kontrakt otrzymaliśmy, to że były ferie (dużo ludzi brało urlopy aby wyjechać z dziećmi).

Tak więc - będzie jeszcze większy zapierdziel, do tego te nowe komputery, które miały być a jeszcze ich nie ma, no słowem - cyrk na wrotkach, ale nic to - damy radę.

Pędzę lecę dalej, tak sobie napisałem, aby wykazać, jak bardzo NFZ się spieszy z kontraktami dla oddziałów.

Ileż to czasu minęło...

2011-12-22 23:43:26 · Skomentuj
Ostatnio jakoś na nic nie mam czasu. Wiadomo - święta. Zazwyczaj jednak nie miałem z nimi aż tyle roboty. A tu nagle - dom posprzątać, do rodziców pojechać, prezenty zakupić, potrawy świąteczne szykować z 2-tygodniowym wyprzedzeniem. A wszystko przeplatane spotkaniami wigilijnymi (wigilia oddziałowa, wigilia PTU, wigilia koła i jeszcze kilkanaście innych wigilii - naprawdę sporo tych świąt u mnie).

M-a wróciła z Lublina - idę się z nią zobaczyć, a przy okazji ustawiłem się z J-ą na saunę. I jedna i druga, choć od siebie odmienne, mają w sobie to coś, co mnie do nich przyciąga. Zobaczymy więc co z tego wyjdzie.

Muszę rozpocząć chodzenie na siłownię i ustalenie sobie konkretnego grafiku, którego nie zawalę choćby nie-wiem-co. Inaczej zginę pomiędzy łozkiem a pracą i przestanę się czymkolwiek interesować. Dobrze, że jest jeszcze P-k - z nim można wyskoczyć na Bilard albo do baru. Gdyby nie on i jego pomysły (wspóle z T-m) to bym nie miał życia towarzyskiego.

No i był zlot wrocławski, wigilijny, a jakże. Na zlocie - tragedia - tak malutko ludzi, że aż wstyd to zlotem nazwać. Mimo to, liczę, że w styczniu odbijemy się od dna frekwencyjnego i będzie znowu powyżej 20-tu osób. I trzeba się zacząć szykować na ogólnopolski. Spora część ekipy na razie deklaruje, że wrocław tym razem będzie 'solidniej' reprezentowany, co zaowocuje też lepszą komitywą (a'la wroclove vs reszta świata). Ciekawe czy do tego czasu będę już miał jakieś fajne trunki na zbycie.

Dostałem prezent przedwczesny - w szpitalu otwiera się sklep ortopedyczny. Niby nic, a cieszy. Przyszły panie zachęcić do kierowania pacjentów do sklepiku, oferta bogata, pokrywa się z naszymi receptami np. na cewniki. Będziemy polecać z zastrzeżeniem, że nie wiemy czy tam akurat nie jest najdrożej w mieście (raczej nie, bo ceny są sztywne). Pacjenci sami sprawdzą i albo kupią tam, albo gdzie indziej. Mam nadzieję, że urocze i zjawiskowe panie jeszcze nas odwiedzą.

Firmy farmaceutyczne wychodzą ze skóry, aby nam zrobić dobrze. Na razie bez szaleństw, ma się zacząć po 1-szym stycznia (nowa ustawa refundacyjna).

Z racji zbliżających się świąt - nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem. Jak normalnie pewien 'wysoki urzędnik' nas nigdy nie odwiedzał i nie miał nic do naszej dyżury, tak teraz praktycznie dzień w dzień przychodzi i rozmawia o 'znakach zodiaku'. Okazuje się, że nie taki diabeł straszy jak go malują, więc jest jak najbardziej ok i można śmiało myśleć o przyszłości.

Naukowo mam się rozwijać, dwójka poważnych naukowców na naszej klinice ciągle pyta, czy znalazłem sobie pracę na doktorat. Szukam intensywnie. Chciałbym dostać grant finansowy na badania, a to wymaga bardzo spójnej wizji tego, co chcę zbadać. Zobaczymy jak to będzie, jestem na razie dobrej myśli.

Umieram

2011-12-01 23:37:06 · Skomentuj
Ale mnie dzisiaj wkręcilli. Noż motyla noga, ale jestem padnięty (o czym świadczy również godzina tego wpisu - jak wpadłem do domu to się musiałem położyć dosłownie na kilka sekund - a wyszło prawie 6 godzin).

Dzisiaj poszedłem na salę operacyjną zobaczyć wytwarzanie pęcherza jelitowego oraz pozbywanie się 'zepsutego' bo z nowotworem oryginalnego pęcherza. W sumie - stanie od 8 rano do 15.00 I tak nieźle, bo dwóch zdolnych operatorów robiło. Gdyby nie oni to pewnie bym tak zakwitł na sali. Aha, pani Kasia, instrumentariuszka, zdaje się - mnie nie lubi. W sumie racja, bo nie dałem jej zrobić z siebie 'kozła ofiarnego', który się łapie na każdą starą sztuczkę stosowaną wobec młodych adeptów chirurgii, co już na starcie zepsuło jej humor. Nie wiedziałem jedynie, że tym sposobem strzeli na mnie focha, no ale nic. Za tydzień przywlekę jej torbę michałków do rąk własnych i pewnie się odbrazi.

Przy okazji - znacie takie różne 'tradycyjne sposoby', które się wykorzystuje aby się udało? Jak np. noszenie czerwonych majtek na studniówce i maturze, albo plucie 3x przez lewe ramię, pukanie w niemalowane drewno? No więc lekarze kategorycznie tego nie akceptują. Nic a nic w to nie wierzą. Co oczywiście nie znaczy, że część personelu wymaga swoich 'szczęśliwych nożyczek' albo 'ulubionego trzymaka'. I nie ważcie się nigdy, przenigdy sprzeciwić magii 'dżudżunum'. Nigdy. Na 99% jak się sprzeciwisz, to coś się nie uda. Dzisiaj się wszystko, lub prawie wszystko udało w 100%. Pomału zaczynam wyczuwać, że jednak przesądy mają 'moc sprawczą' w postaci samospełniającej się przepowiedni. Muszę sobie swoją tradycję na szczęście znaleźć...

ESWL

2011-12-01 00:04:17 · Skomentuj
Stało się. Dzisiaj dostałem pierwszą 'poważną' rzecz do nauki. To znaczy rozbijanie kamieni nerkowych (które niekoniecznie muszą być jeszcze wewnątrz nerki) za pomocą wysokich energii przenoszonych za pomocą ultradźwięków. Sraty-taty maszyna stuka jak młot pneumatyczny. Fanem techno nie jestem, jutro zabieram ze sobą MP3player'a i nic mnie to nie obchodzi.

Generalnie to fajna impreza, największy kłopot to kwalifikacja do ESWL samych pacjentów. Pchają się drzwiami i oknami, często gęsto konfabulując 'bo dzwonił do mnie ten no... nie pamiętam' - pacjent bez skierowania i aktualnych badań, etc.

Po samej kwalifikacji jest już bardziej przyjemnie, używam bardzo drogiego narzędzia, pielęgniarki są strasznie miłe i pomocne (fakt - niewiele mają przy ESWL roboty, więc to lubią) większą część pracy odwala lekarz, na szczęście wszystko lub prawie wszystko jest 'automatyczne'.

No więc bardzo przyjemnie mi się dzisiaj pracowało, jeśli wszystko idzie dobrze, to mogę spokojnie takie procedury wykonywać i się podbijać, a przy okazji uczyć się pilnie pisać całe historie pacjentów jednodniowych (tego wręcz nienawidzę, bo trzeba pacjenta zarówno przyjąć jak również wypisać jednego dnia). Mimo wszystko - fajnie być za cokolwiek odpowiedzialnym. Pewnie znudzi mi się już jutro, choć MP3 może zdziałać cuda. BTW - wiecie, że w sieci jest już do posłuchania całkowicie za darmo nowy album Amy Whinehouse? Niestety wg mnie nieciekawy, bez żadnego hitu, aż żal, że teraz w radio poleci przez bite 3 miesiące. Trudno, nie będę słuchał.

Przy okazji dzisiaj miałem 'zderzenie' z English Division - fajni ludzie, zupełnie odmienni od naszych rodowitych studentów. Sprawiają wrażenie osób, które przeczytają jedynie tematy, które ich zainteresują, a całą resztę mają głęboko w poważaniu. Materialistyczne podejście wręcz boli (ile zarabia Urolog? Jak długo trzeba się specjalizować? etc.) Obiecali, że przyjdą na fakultet ;)

A wieczorem było koło. Napaliłem się jak szczerbaty na sucharki, bo miało być o kamicy. Praca została przygotowana, generalnie bardzo profesjonala, tyle, że nie na temat (bo na temat były całe 2 slajdy z 58). Student zrobił podręcznik i się cieszył jak dziecko, my niestety mniej, bo słuchaliśmy go przez ponad 1,5 godziny, na temat wybitnie mało interesujący. Na szczęście sytuację uratował adiunkt, który wprowadził do tematu odrobinę humoru przez co udało się uniknąć głośnego chrapania. Miło by było, gdyby na kole pojawiło się więcej kobiet, bo na razie jest cała jedna. Mi zależy, bo wiem, że z dziewczynami pojechać na konferencję jest dużo fajniej niż z samymi chłopakami, ale jakoś się laski nie garną do oglądania 'tych' okolic. Mam obiecane, że dziewczyny zostaną przyciągnięte siłą :) Koło zdecydowanie musi nabrać impetu bo jak na razie to wszyscy studenci pracują jak ślepcy i to w dodatku po pas w bagnie. Mam nadzieję, że się ogarną, bo cjciałbym zobaczyć, jak nasze prace ponownie wygrywają konferencje naukowe. Nic to, noc jeszcze młoda, czas więc udać się spać, bo od rana znowu będzie dużo pracy.

Komputeryzacja

2011-11-29 17:58:00 · Skomentuj
W naszej kochanej klinice nastąpił krok do przodu, a staliśmy już nad przepaścią. Dyrekcja zainwestowała w program komputerowy (najgorszy na rynku, ale z aspiracjami) i w komputery. Plotka się po oddziale rozniosła, że teraz wizyty będą z 'tabletami' na co pielęgniarki wpadły w szał, że one też chcą i ordynator im dwa talbety obiecał. No to one szok i dawaj do internetu szukać, co to właściwie jest tablet. Znalazły naturalnie Ipad'a i całe uśmiechnięte, że takie cacko dostaną, jakie to nie jest eleganckie i wspaniałe i smukłe i teraz to pełen profesjonallizm, jednym kliknięciem krew pobiorą od pacjenta, super...

Niestety musiałem je uświadomić, iż nasz program jest zupełnie niekompatybilny z systemem Apple'a (wielkie oczy, nie wiedzą o co chodzi) i tablety dostaną, ale 'nieco' inne. Fakt - też dość eleganckie i wyraźnie robione na Apple'a modłę (ten czarny brzeg ekranu...) ale jednak już nie tak smukłe i nie tak 'wspaniałe' a przede wszystkim nie tak 'super' jak to by było możliwe z nadgryzionym jabłkiem.

Mimo to, dyrekcja nie zważając na obawy samych pracowników siłą rzeczy program z determinacją chciała wprowadzić już teraz, a ostatecznie od 1 grudnia, tak więc dzisiaj odbyło się szkolenie. Szkolenie polegało na tym, że pan pokazywał możliwości programu bez żadnego merytorycznego przygotowania, umiał jedynie reklamować 'towar' natomiast o szkoleniu nie mogło być mowy. Dobrze, że potem przez chwilkę wszyscy mogli się tym cudem techniki pobawić. Na razie jednak pozostanę przy starym i sprawdzonym papierze, bo komputery i tablety, tak szumnie obiecywane przez dyrekcję jeszcze nie dotarły. Na naszym oddziale jest 5 komputerów. Jeden ma profesor 'u siebie', drugi ordynator 'u siebie', trzeci stoi u pielęgniarek 'za ladą' i jeden stoi w gabinecie USG (gdzie dogorywa jako całkiem ładna maszyna do pisania). Jeden natomiast jest w jednej z dyżurek lekarskich i na ten komputer przypada całe 15 lekarzy. Lepiej wygląda 5 komputerów na 18 osób niż 1 komputer na 15 więc dyrekcja na razie nie 'inwestowała' w sprzęt.

Nic to, o dalszych losach komputeryzacji wkrótce, a będą się działy sceny niemalże dantejskie.

Papierkologia

2011-11-25 22:51:22 · Skomentuj
Dzisiaj na oddziale robiłem za malutkiego, czarniutkiego murzyna, który jak zobaczy kawałek bawełny to zaraz zaczyna zbierać.

Bo dzisiaj wyręczałem pewnego doktora, który strasznie zalatany był przez cały tydzień i wypisów nie porobił,a tu pacjentów trzeba do domu wysłać, aby się 'odkuli' i trochę kilogramów nabrali, bo na tej naszej szpitalnej diecie to nawet największe podjadacze słodyczy potrafią zgubić dobre 5 kilo w tydzień.

No więc pacjenci ubrani, uczesani, ze szwami i drenami, ale zwarci i gotowi do wyjścia (wspominałem o kategorycznym zakazie palenia, gdy my mamy przeszło 95% palaczy na oddziale?) No więc spieszno im, widać jak z namaszczeniem chowają zabunkrowane papierosy i tylko 'panie doktorze, szybciej szybciej'.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że połowa z tych pacjentów na proste pytania w stylu 'tak/nie' nie potrafiła udzielić jednoznacznej odpowiedzi, co jest 'szczytem buractwa lub inteligencji' w zależności od intencji chorego. Do tego miałem mnóstwo przygód z chirurgią jednego dnia. Otóż nasza kochana klinika, będąc olbrzymim ośrodkiem, robi wsyzstkie procedury inwazyjne, które nie wymagają pobytu pacjenta na oddziale, ale przyjąć i wypisać go trzeba. Nazywa się to generalnie poradnia/chir jednego dnia, wszyscy wiedzą o co chodzi. I tak - dzisiaj oprócz pacjentów poganiaczy miałem jeszcze kilkoro pacjentów jednodniowych, przy czym jeden był po transplantacji nerki. Roboty z nim na 5 minut ale opisywanie na 2 godziny, bo trzeba wszystko i elegancko i zgodnie z protokołami transplantu i jeszcze zaświadczenie do urzędów, że pacjent prowadzony zgodnie z zaleceniami a to jeszcze telefon do Ważnych Ludziów, no słowem cyrk na wrotkach a w środku ja :)

Nie powiem - jak na pierwszy raz to nawet ciekawe, ale mam nadzieję, że niedługo się to skończy bo prof zobaczy, że innym robotę wykonuję, a oni w tym czasie obserwują ciekawe zabiegi (powinno być chyba ciut odwrotnie w oczach profa). No w każdym razie jak swoich pacjentów zrobiłem i wyprowadziłem na prostą, dałem zlecenia na weekend i do tego uzupełniłem jeszcze nie 'zaległe' historie chorób to szczęśliwy wpadłem do dyżurki, gdzie... czeka na mnie drugi młody rezydent z naręczem papierów (pisałem, iż poszedł do operacji, bo teraz on jest maglowany na bloku z umiejętności). Papierów cała masa, wszystkie zaległe a jego kierownik specjalizacji chce to mieć na 'wczoraj' bo on się podbił w strategicznych punktach, a rezydent resztę wypełni.

No to siedzieliśmy i wypełnialiśmy - karty statystyczne znam już na pamięć, podobnie jako kody ICD 9 oraz ICD 10 (a myślałem, że nigdy się ich nie nauczę, bo ich zbyt wiele jest).

Tak więc zamiast zmyć się z pracy o jakże przyzwoitej godzinie 15.05 wyszedłem do domu o 17.00 w piątek... naturalnie z uśmiechem na ustach, bo nie może być inaczej :)

Jedziemy z tym koksem

2011-11-25 22:37:09 · Skomentuj
W tamtym tygodniu zostałem przybocznym profesora. Niby nic, a cieszy. Grzeje jak cholera. Ni mniej ni więcej tylko jestem w czarnej i głębokiej... filiżance kawy.

Do rzeczy - prof zabrał się za mnie z ostrej rury. Widać to było po planie operacyjnym - biorę udział we wszystkich, na których profesor położył swe magiczne dłonie (bardzo zdolny operator, co się żadnego przypadku nie boi).

No więc prof zaprosił mnie na drugą asystę do siebie na blok. Szok straszny, na naszej nowej i niekochanej akademii wszystkie sale operacyjne są obok siebie i jakoś nikomu nie przeszkadza, że jak sobie korytarzykiem wędruje to i piłę do cięcia kości usłyszy i pikanie neuronawigacji - no po prostu cud malina, nikt się z nikim nie zna, poza 'zespołem' a konsultacje robione są jedynie 'grzecznościowo' tzn przychodzi ktoś i mówi, że on tu nie ma nic do roboty ;)

No dobrze, aż tak źle to nie ma, ale dla mnie - wychowanego raczej w szpitalach, gdzie jest jedna lub góra dwie sale operacyjne - to był głęboki szok. Niemniej jednak poszedłem. Starałem się pomóc ile mogłem (nie twierdzę, że potrafię asystować jak jakiś geniusz czy coś, ale blade pojęcie mam). Widać trafiłem na dobry dzień profesora, bo nawet żartował i tak przez trzy dni. Czwarty i piąty dzień - dali mi spokój, wzięli na warsztat drugiego 'nowego' rezydenta.

Generalnie - fajnie jest na operacjach, bardzo je lubię. Profesorowi podoba się moje nastawienie w stylu - jak coś pójdzie nie tak, to zwalimy na rezydenta, od tego jest. Na co ja uszy po sobie i dawaj wycierać pole operacyjne niczym mistrzyni curlingu. Widząc takie zachowanie profesor  rzuca luźną aluzję - ty widzisz, jak się boi? Nie przeczytał schematu operacji i teraz nie wie, że musimy poczekać na hemostazę. No to ja dawaj - stoję jak ten osioł i nic nie robię. Na co prof - ale ty mi sie tu  nie leń, obkładaj spongostany - dorwałem spongostany, poszatkowałem elegancko i już mam wpychać, gdy słyszę - ach... ty to wszystko tak co do litery byś chciał wykonywać. A ponoć potrafisz się odgryźć. No to ja zacwaniaczyłem i do profesora - że co prawda operacja super, ale ja wszystko na ślepo robię, bo głównie to trzonek haka widzę. Od razu im mina zrzedła i mnie przestawili w lepsze miejsce. Również mój wzrost, choć niemały, jest mi zawadą - moja wina, że wszyscy urolodzy mają minimum 2 metry długości? No co? za krótki dla nich jestem i będą musieli przywyknąć. A na ryczkę na pewno nie wejdę, co to to nie.

Na koniec dostałem jeszcze pseudo-opiernicz, że zbyt 'ładnie' szyję tzn - jakbym jakiegoś dzieciaka miał szyć (a uczyłem się głównie na chir. dziecięcej). Dostałem po uszach za dobrze wykonaną robotę, choć byli pod wrażeniem, a szczególnie pani anestezjolog, która sobie pacjenta wybudziła, a ja mu jeszcze szwy w locie zakładałem... :) No generalnie wesoło, ale operacje na plus.

Ptakologia

2011-11-22 22:23:00 · Skomentuj
No i zaczęło się. Jak ja nie lubię startów! 
 Kiedyś przeczytałem zdanie 'skończona ilość pierwszych razy'. Jak ja bym chciał, aby mieć za sobą już wszystkie 'pierwsze razy'. To takie krępujące jest.

Do rzeczy. Trafiłem na swoją wymarzoną speckę, urologię. W dodatku nie byle gdzie, bo na sam szczyt, to znaczy do Kliniki. Klinika nowa, pachnąca świeżością (no i trochę moczem i starymi ludźmi, ale salowe się naprawdę starają).

W każdym razie - na starcie musiałem zmierzyć się z fatalnie zorganizowaną biurokracją. Naprawdę dochodzę do wniosku, iż jakaś pani sekretarka dostaje wściekłości pewnego organu, gdy wymyśla ilość dołączonych papierków i wszelkiej maści formularzy. 

Same formalności, aby ich dopełnić zajęły mi bite 2 tygodnie. Coś strasznego. Dobrze, że szefostwo jest do takich ewenementów przyzwyczajone i nie kręci nosem. A propos szefostwa. W pewnym momencie tych papierków miałem dostać kierownika specjalizacji (przydział odgórny, na który nie mam wpływu). Tak więc - lecę z papierem w zębach do ordynatora, a tu niestety mur-beton, ordynator umywa ręce i tymiż ręcami wskazuje pokój obok (siedziba wszelkiej mądrości z tytułem prof. przed nazwiskiem). Nieco zaniepokojony pukam i wchodzę. Przedstawiam Profesorowi (nota bene kierownikowi kliniki) sprawę, z jaką przyszedłem, trzęsę się jak galareta, bo on słynie z tego, że ostry jest i nie lubi, jak mu ktoś głowę zawraca tak 'małymi' sprawami jak przydział szefa. W gabinecie przebywał równiez adiunkt dydaktyczny. O dziwo prof mnie wysłuchał, widział papier i nawet rzucił na niego okiem! Fajnie! Jest dobrze. Uda się załatwić sprawę od ręki. 

Prof patrzy na mnie, jakby mnie pierwszy raz na oczy widział (tak po prawdzie to widział mnie może ze 3 razy bo starałem się nie wpaść pod jego srogi wzrok) i zadaje pytanie adiunktowi, czy nie chce rezydenta. We mnie się 
nadzieja rozbudziła, ze może jednak do adiunkta (którego znam i bardzo lubię) trafię na wychowanie. Adiunkt, dusza człowiek, od razu się zgodził i powiedział, że on mnie to bardzo chętnie, bo ja taki 'ambitny i pracowity' jestem, generalnie same superlatywy (i lewatywy też) w moim kierunku lecą. No to prof podbił pieczątkę kierownika kliniki na Ważnym Miejscu i już cały szczęśliwy zabieram się do zerwania i ucieczki z jaskini lwa, gdy tymczasem on z uśmiechem na ustach oznajmia, że to on mnie bierze pod swoje skrzydła, bo jak mnie tak adiunkt chwali to szkoda nie byłoby skorzystać.

Tym smutnym sposobem zostałem przybocznym profesora i jakoś ten temat muszę ugryźć, bo łatwo nie będzie. Pomijając już samą wagę odpowiedzialności, aby wstydu i sobie i promotorowi nie przynieść, taka nobilitacja to bardziej przekleństwo niż 'zysk'. Z drugiej strony - wiadomo, profesor - zalatany człowiek, więcej go nie ma, jak jest. Trudno, mleko się wylało, trzeba zacisnąć zęby i sprawę do końca z uśmiechem na ustach skwitować optymistycznym nastawieniem.

Autor
  • RSS - blog porshe
  • Najnowsze posty
    Najpopularniejsze posty
    Statsy bloga
    • Postów: 9
    • Komentarzy: 3
    • Odsłon: 797

    Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi