<< >> wszystkie blogi
Informacja

Przykro mi scrapland nie ma jeszcze bloga

seboss's blog

Potwornie absurdalny blog

Krotka rozmowa Windowsowca z Linuksiarzem

2008-03-05 22:32:00 · 4 komentarze
Wlasnie poplakalem sie ze smiechu. Oto jaka rozmowe przeprowadzilem ja (Windowsiarz - W) z kolega od linuxa (L):

L: Jak zmienic nazwe kompa w Win XP Home z linii komend?
W: Musisz napisac skrypt VBS:
sNewName = "nowa nazwa kompa"
Set oShell = CreateObject ("WSCript.shell")
(...)
/w calym skrypcie tylko "nowa nazwa kompa" byla po polsku/
L: A jak to uruchomic?
W: Zapisz z notatnika z rozserzeniem vbs i prosto z linii komend odpalisz.
W: Aha - oczywiscie "nowa nazwa kompa" musi spelniac wymogi nazewnictwa w Windzie, bo komputer sie zrestartuje i nie wstanie.
W: Halo?
W: Jestes tam?
/uzytkownik w gg stal sie niedostepny.../

Wlasnie siedze i jeszcze placze ze smiechu :D

Autentycznie traumatycznie cz. 4

2008-03-04 09:49:32 · Skomentuj
Znowu znalazłem chwilkę, żeby coś napisać. Ta historia jednak jest bardzo długa, więc tym razem tylko jedna.

Gdzieś na studiach. Góra Ślęża ponownie. Nowy rower, inny kolega, zjazd w stronę przełęczy Tąpadła. Wszyscy twardziele starają się bić na tym odcinku drogi rekordy prędkości. Niestety mój nowy rower nie miał wówczas amortyzatora, ale razem z kolegą postanowiliśmy udowodnić, że twardzielami jesteśmy. Bez kasków, ochraniaczy itp… (tak, wiem - nieodpowiedzialnie :P ). Ubocznym efektem jazdy po wertepach z dużą prędkością jest nieznośne swędzenie mięśni (nie znam się na anatomii – nie pytajcie dlaczego). Mijani piesi turyści stukali się znacząco w głowy. My szczęśliwi gnaliśmy w dół. Znaczy się - bardziej gnał mój kolega, bo miał lepszy rower, ja starałem się nadążyć. Do czasu, aż jedna z hopek przyczyniła się do przebicia przedniej opony. Wtedy modliłem się już tylko, żeby zatrzymać rower. Hamulec przedni odmówił posłuszeństwa. Choć właściwie może nie on sam. Obręcz unieruchomił skutecznie. Niestety dalej kręciła się opona wraz z dętką, w której urwał się wentyl. Absolutne ZERO sterowności. Próba hamowania tylnym kołem kończyła się utratą równowagi, jazdą w ślizgu i wywoływaniem małej lawiny. Mając jednak szczęścia więcej niż rozumu – udało mi się zatrzymać rower tuż przed drzewem na ostrym zakręcie. Z sercem w gardle, adrenaliną w spodniach przez dłuższą chwilę dochodziłem do siebie (drapiąc się po swędzących i wytrzęsionych mięśniach). Ale dostałem owacje na stojąco od turystów, którzy podczas pieszej wędrówki mieli darmowe atrakcje :D
Sprowadziłem rower na dół. Poczekaliśmy na koleżankę, która z góry schodziła pieszo i wtedy się zaczęło (koleżanka jest tą piękniejszą połową w/w kolegi). Pretensje, że jesteśmy nieodpowiedzialni, niepoważni, ze mogliśmy sobie coś zrobić itp. itd. Oczywiście broniliśmy swojego. Że nie przeceniamy swoich możliwości, że tylko idioci, którzy nie potrafią jeździć, mają poważne wypadki (mimo że to mizerna linia obrony, trzeba było bronić urażoną samczą dumę ;). Nagle jednak poczułem w powietrzu dziwny zapach. Chyba ze względu na moje doświadczenia z dzieciństwa, potrafię wyczuć charakterystyczny zapach krwi. Dobiegał on zza moich pleców. Odwróciłem się i... To co zobaczyłem, choć daleko, ale spowodowało, że nogi się pode mną ugięły. Widzę 2 rowerzystów. Jeden pędzi w kierunku parkingu, drugi prowadzi rower. Mijaliśmy ich wcześniej. Tym czasem twarz drugiego przeszła znaczące przeobrażenie. Była to praktycznie jedna wielka rana. Nos zatkany chusteczkami, z których krew sączyła się ciurkiem na koszulkę... Na "Ostrym dyżurze" takich scen nie pokazywali, a już na pewno nie w "Szpitalu na perypetiach" :/ Dopadł nas pierwszy rowerzysta. To co się działo dalej to jedno wielkie nieporozumienie.
Wyciągnął on z samochodu telefon komórkowy i dzwoni. Na numer 112 i prosi o pomoc, tragedia się wydarzyła, nie potrafi powiedzieć, gdzie się znajdujemy. Pan po drugiej stronie wysłuchał, a słuchał dość długo, opisu zdarzenia. Natomiast odpowiedział krótko. „Pan się dodzwonił do straży pożarnej, a powinien po pogotowie. Po za tym, nie potrafimy Pana zlokalizować.” I zakończył rozmowę :/ Ręce opadły wszystkim. Chwila konsternacji. To dzwonimy na pogotowie. W między czasie wytłumaczyliśmy temu panu, że jesteśmy na przełęczy Tąpadła. Zadzwonił na pogotowie ratunkowe. System powinien go połączyć z najbliższym. Więc znowu chłopak tłumacz jaka to tragedia się wydarzyła, że potrzebuje pomocy itp. W między czasie doczłapał kolega. Widok naprawdę nieprzyjemny. Przeciekał okropnie znacząc po sobie ścieżkę krwią. Okazało się, że przeleciał przez kierownicę i zarył twarzą w kamienistą ścieżkę. Brrrr…. Dowiedzieliśmy się tego od telefonującego kolegi, bo ranny nie był w stanie mówić. Złamany nos, rozcięte wargi, wybite zęby skutecznie uniemożliwiają komunikację werbalną. Co się dalej okazało? Karetka nie przyjedzie. Bo centrala przełączyła go do… WROCŁAWIA! Rada mądrego inaczej ktosia z 999 „Niech pan zadzwoni gdzieś bliżej Sobótki” :/ W efekcie nowopoznani koledzy rozłożyli rowery, wpakowali do samochodu i sami pojechali do szpitala. A ranny czekał i krwawił…
Historia miała ciąg dalszy jakieś 4 lata później. Ponieważ wypadek ten naprawdę był godny opisania, opowiedziałem go w nowej pracy. Okazało się, że ten pan z rozbitą twarzą to kolega kolegi z pracy. Dość długo dochodził do siebie. Zniknął z życia towarzyskiego, bo podobno twarz ma poważnie uszkodzoną, nie wspominając o wybitych zębach.
Ciarki mnie cały czas przechodzą na myśl o tym wypadku...

Pozdrawiam i niech ten wypadek będzie przestrogą dla niektórych. A na pewno jest doskonałą ilustracją działania służb w Polsce.

Autentycznie traumatyczne cz. 3

2008-02-21 14:36:26 · 1 komentarz
Choroba się skończyła i niestety nastąpiło zderzenie z szarą rzeczywistością (dosłownie i w przenośni, ale o rozbitym samochodzie innym razem ;). Postanowiłem dopisać kilka przygód rowerowych. Oto dwie z nich (trzecia ma bardzo dużo wątków, gdy ją dokończę, zamieszczę osobno):

Dawno, dawno temu, gdy rozpoczął się rok szkolny w l.o., ja znowu na rowerze pod szkołą szalałem. Niedaleko była fajna 4 pasmowa, 2 jezdniowa droga o długości 500m prowadząca z nikąd do nikąd. Ale samochody po niej jeździły. Ja też, ale dla zabawy pod prąd, bo ruch był niewielki. Gdy zapalało się zielone światło, ruszałem i zygzakiem między autami śmigałem. Do czasu. Podczas jednego takiego rajdu okazało się, że wszystkie pasy są zajęte jadącymi w moim kierunku autami. Rad, nierad – musiałem szybko uciekać z drogi. A że krawężnik był wysoki a ja jechałem szybko i podczas podrywania przedniego koła omsknęła mi się noga z pedału, rower z niebywałym impetem uderzył o krawężnik tylnym kołem, a następnie odbił do góry. Wielkość siły przyłożonej do moich szacownych 4 liter spowodowała pomroczość jasną. Zemdlony niemal padłem na trawę, nie mogąc złapać oddechu, jednocześnie pełen obaw, że moje klejnoty rodzinne mogły wybrać się do krainy "wiecznych łowów" ;) Po jakimś czasie wreszcie doszedłem do siebie. I zauważyłem, że stoi koło mnie mój kolega i coś do mnie mówi. Ale nawet nie wiedziałem co… Tego wieczoru postanowiłem już wrócić do domu. Jakie wielkie zdziwienie nas z kolegą ogarnęło, gdy spojrzeliśmy na rower! Sztyca złamana. Wygięta o 90 stopni, prawie jak dodatkowy hamulec… Na szczęście klejnoty przeżyły. Efekt – wiem, że na pewno żadna praca siedząca mnie nie zabije ;)

Jeszcze większy ja, ale jeszcze ten sam rower górski. Postanowiliśmy z kolegą wybrać się na górę Ślężę. Malownicze miejsce, w sam raz, żeby pojeździć góralem. Jazda pod górę nie była zbyt fascynująca. Mnóstwo pedałowania. Kolega na dodatek dysponował rowerem turystycznym. Największym wysiłkiem był wjazd na Wieżycę, gdyż przed samym szczytem ścieżka biegnie prawie pionowo tak, że nawet piesi miewają tam problem z wejściem. Kolega jedzie pierwszy. Pedałuje, pedałuje… Nagle chyba błotniki, bagażniki i inne niepotrzebne elementy przykręcone do jego roweru przeważyły go do tyłu. Oderwało się przednie koło i kolega zaczął podróż w przeciwnym kierunku, placami do mnie. Na szczęście udało się jemu wyjść z opresji przewracając się na bok. Zziajani na szczycie Ślęży obejrzeliśmy widoczki, czas wracać. Teraz jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Downhill. Tylko, że wtedy nie wiedziałem, że to się tak nazywa i że powinienem mieć do tego rower z amortyzatorami i kask jakiś. Pędziłem w dół w kierunku Wieżycy. Ci którzy tam jeżdżą, wiedzą że jest to ścieżka usłana kamerdolcami rozmaitymi, małymi i ogromnymi. Tamtędy szybko zjeżdżają tylko wariaci. Czyli ja też ;) Szło mi naprawdę dobrze. Niestety osiołkowi w żłoby dano… Dróżka się rozwidla, a ja musze wybrać w którą stronę pojadę. Nie byłem pewien do ostatniej chwili. Gdy zdecydowałem się, było za późno – skręciłem w prawo, ale rower ześlizgnął mi się z wilgotnego kamienia i uderzył w niego tylną przerzutką. Ta wygięła się i zablokowała tylne koło. W tym samym momencie, jak wystrzelony z katapulty, rozpocząłem swój dziewiczy lot między drzewami oraz lądowanie między kamieniami. Wiele fikołków wykonałem. Niewiarygodne szczęście miałem jednak, ponieważ nic nie złamałem. Nawet gdy dogonił mnie rower i na mnie zaparkował, też nic mi się nie stało. Musiałem sobie tylko chwilę poleżeć i przemyśleć swoje położenie :D Jako, że trzeba było wracać do domu, zaduma ta nie mogła trwać zbyt długo. Wstałem i zacząłem zbierać kawałki przerzutki wśród kamieni i ściółki. Możecie nazywać mnie MacGyver, ale z tak złożoną przerzutką jeździłem jeszcze kilka miesięcy. Gdy zjeżdżaliśmy dalej, nieprzyjemną przygodę miał następnie mój kompan. Jechaliśmy już dalej polną drogą, którą poruszać się mogły tylko pojazdy napędzane paliwem naturalnym (zdaje się rezerwat). Jeden tych pojazdów pozostawił na środku drogi spore zanieczyszczenie, zwane nawozem naturalnym. Kolega nie chciał w nie wjechać, i wykonał gwałtowny manewr wymijający. Rower skręcił, kolega za nim nie nadążył… Nie byłem w stanie wytrzymać. Myślałem, że ze śmiechu pęknę, posikam się, umrę. Wielka brązowa plama na plecach kolegi zdawała się rzucać wyzywanie „żaden Vizir mnie nie usunie, ani Lenor nie zabije zapachu” :D Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W drodze powrotnej do domu, w pociągu mieliśmy cały wagon dla siebie :D

Postraffiam fszystkich rofeszystów ;)

Autentycznie traumatycznie cz. 2

2008-02-13 14:51:00 · Skomentuj
Choróbsko męczy nadal. Spisałem więc, co mi się znowu przypomniało. Tak więc wypadków ciąg dalszy. Tym razem kilka rowerowych.

Choróbsko męczy nadal. Spisałem więc, co mi się znowu przypomniało. Tak więc wypadków ciąg dalszy. Tym razem kilka rowerowych.

Gdy rozpoczynały się moje romanse z dwoma kółkami, taka oto przygoda mi się przydarzyła. Jazda na rowerku bez bocznych kółek nie należała do trudnych. Długo z rodzicami walczyłem, żeby mi je zdemontowali. Udało się. Gdy wreszcie zacząłem jeździć po pobliskim rondzie w kółko (tak, rondzie – mam takie małe rondo na ulicy, które jest ot tak sobie) kolega rzucił mi wyzwanie. Kto jest szybszy. Na pewno ja! Tylko trzeba to udowodnić. Trzy… Czte… Ry… Start… Kręcimy tymi pedałami. Myślę, że pewnie przekroczyliśmy już 3 prędkość kosmiczną, gdy tu nagle inny kolega, w nagłym przypływie dobrego humoru, postanowił mi wskoczyć na drogę. I to skutecznie, tak, że gdy zmieniałem tor, to on przesuwał się też. Jadę a on cały czas przede mną i dziwnie nie czuje respektu przed moją maszyna z piekła rodem. Za to ja zaczynam odczuwać stres, że w niego wjadę z niemałym impetem. I tu się okazało, czego jeszcze nie umiem. Skutecznie hamować w sandałkach na rowerze (jak mi ktoś wyskoczy z krzywym tekstem o sandałkach, to znajdę, gdziekolwiek mieszka; mały byłem – rodzice mi kazali ]:-> ). Był to rowerek klasyczny, w którym hamowało się kręcąc pedałami do tyłu. Ja rozpocząłem jednak proces hamowania opuszczając podwozie do przodu, żeby zahamować nogami. Niestety podwozie wkręciło mi się w przednie koło. Stopa w sandałach odbiła się od asfaltu i niefortunnie dostała między szprychy oraz widelec. Bum… Masa płaczu. Stopa uwięziona, ja na rowerze wykręcony, ani siedzieć, ani zejść nie mogę. Pomogła mi kuzynka, jednocześnie wymyślając na dowcipnego kolegę. Efekt – stopa posiniaczona i poraniona. Ja leżę zapłakany na trawie. Kolega w podskokach zmiata do domu w przerażeniu, po wysłuchaniu gróźb karalnych kuzynki, wyścig został uznany za nieważny…

Kilka dni wcześniej, czy później. Jadę z w/w kuzynką. Mijamy jakieś drzewo. Jak to z drzewami bywa – korzenie wystają z ziemi. Kuzynka chciała pokazać jak się pokonuje nierówności. Poderwała kierownicę i… Okazało się, że koło postanowiło wrócić na ziemię samo i to szybciej, niż reszta roweru. Nie zrażając się dalej brakiem kierowcy pomknęło przed siebie, z niewiarygodną wręcz precyzją trafiając w otwartą furtkę u sąsiada i dalej mknąc po jego podwórku. W przeciwieństwie do niego, rower zatrzymała się natychmiast, gdy widełki spotkały się z matką ziemią. Na szczęście kuzynka skoczna była, a rower to nie był składak, tylko coś na kształt górala, więc kierownica w tej pozycji nisko była, tak więc dziewczę susem ją pokonało i chwilę jeszcze pobiegło. Długość przebytej drogi była wyznacznikiem zajętej pozycji. Koło zajęło miejsce pierwsze, kuzynka drugie. Ja siedziałem na swoim rowerki i pękałem ze śmiechu Wypadek ten był spowodowany dwoma katastrofalnymi w skutkach wydarzeniami. Pierwsze z nich. Rower był produktem z końca epoki komunizmu w naszym kraju, więc jakość jego złożenia pozostawiała wiele do życzenia, a odebrany był właśnie ze sklepu. Drugie z nich – z braku męskiej ręki w domu (tata był gdzieś w podróży), za przygotowanie roweru do drogi odpowiedzialne były 3 kobiety. Moja mama, ciotka i kuzynka… Chyba nic więcej nie muszę dodawać

Starszy już byłem. Pod moją opiekę dostał się rowerek na którym kuzynka wpadła onegdaj w tarapaty. Dobrze mi się na nim jeździło. Przez moje rodzinne miasto przejeżdżał właśnie Tour de Pologne czy Wyścig Pokoju. Zafascynowany tym wydarzeniem postanowiłem z kolegą obejrzeć go na żywo. Popędziliśmy na most, przez który w pobliżu przejeżdżać mieli kolarze. Niestety trochę się spóźniliśmy. Ponieważ jednak dalej mieli oni pokonać trasę zbliżoną do litery L, postanowiliśmy pomknąć na skróty. Po drodze jest wysoka górka usypana z gruzów wywiezionych podobno z miasta po wojnie. Ładnie porośnięta drzewami. Postanowiliśmy na nią wjechać, żeby zobaczyć, gdzie znajduje się peleton. Następnie korzystając z dużego nachylenia stoku postanowiliśmy nabrać odpowiedniej prędkości, aby znaleźć się jak najszybciej na miejscu. Kolega niestety zjeżdżał wolnej ode mnie. Gdy go dogoniłem, miałem do wyboru – zderzenie, albo szybka ucieczka ścieżką w prawo. Wybrałem wariant drugi, nie biorąc jednak pod uwagę, że w miejscu, gdzie wyjadę z krzaków, nie będzie już drogi na wprost. Po raz kolejny w życiu rozpędzony do 3 prędkości kosmicznej, wypadłem z krzaczorów i oczom moim ukazał się oddalony o jakieś 5, może trochę więcej, metrów płot. Taki solidny. Ze spawanych pionowo prętów. Okazało się, że za mało solidny jak dla mnie. Znaczy się bardziej dla mojego roweru. Pręty przyspawane były ok. 15cm od siebie. Jeden się wyłamał podczas uderzenia. Ja niestety zatrzymałem się na dwóch zewnętrznych, a następnie, udałem się w drogę powrotną (zgodnie z III zasadą dynamiki Newtona „Każdej akcji towarzyszy reakcja równa co do wartości i przeciwnie skierowana”. Natomiast rower podróży jeszcze nie zakończył. Podczas zderzenia obróciła się kierownica. Dużo dzięki temu węższy, przecisnął się przez płot i pomknął dalej wolny niczym dziki mustang na korty tenisowe… O dziwo. Żadnych złamań, żadnych obrażeń, żadnych wybitych zębów, rower w stanie prawie nienaruszonym. Nie zdążyliśmy tylko dogonić peletonu, ponieważ musiałem trochę poleżeć na trawie. Jakoś tak mnie naszło…

Tym razem już znacznie większy ja i rower. Jadę z kolegą po podmiejskiej bocznej drodze. Lato, piękny zachód słońca, świeże powietrze. Sielanka. Cały szczęśliwy zacząłem odstawiać Titanic’a na rowerze, jadąc bez trzymanki. Niestety gdy mijał mnie kolega, w tym samym momencie zaczął mijać nas samochód. Przestraszony towarzysz podróży zmienił tor jazdy, zaczepiając o moją kierownicę. A wolno nie jechaliśmy. Miała niemal miejsce powtórka z przeszłości. Dla zachowania równowagi wystawiłem podwozie z prawej strony, bo się na nią przechyliłem. Ogromne uderzenie. Ból niesamowity. Spadłem z roweru, rower spadł z nasypu na którym była droga. Pół godziny leżenia ze wzruszenia na poboczu… Efekt – rozerwana torebka stawowa, której zawartość się rozlała tworząc ogromną, siną banię z mojej lewej stopy, zwolnienie z wu-efu przez pół roku. Do końca życia moja prawa stopa będzie miała mniejszy zasięg „w tył” niż lewa. Np. mam problem z przyklękaniem na prawej nodze.

Autentycznie traumatyczne

2008-02-11 13:53:49 · 1 komentarz
Ponieważ przedłużająca się choroba sprzyja retrospekcjom, postanowiłem podzielić się moimi przygodami z dzieciństwa i nie tylko.

Szczęśliwie dorastałem jako małe dziecię w powstającej dopiero dzielnicy domków jednorodzinnych (względnie bliźniaków). Wszystkie budowy z kolegami znaliśmy od podszewki. Śmiem twierdzić, że parokur powstał na wzór naszych zabaw (lub freerun – jeśli ktoś chce być bardzo precyzyjny ;) )

Gdzieś tak na początku szkoły podstawowej w naszej okolicy ostał się ostatni poniemiecki zapuszczony ogród. Raj dla młodzieńców w tym wieku. W jego środku stał wielki orzech. Z użyciem dostępnych wokół materiałów – zbudowaliśmy na nim bazę. Posiadała wszelkie udogodnienia. 2 punkty obserwacyjne, „pokój” zebrań itp. Niestety – jak to z facetami bywa – demokracji być nie mogło… Musiał ktoś rządzić. Jednak nikt nie chciał być rządzony. Mniej więcej jak Ukraina oddzieliła się od ZSSR, tak i kolega postanowił założyć własną bazę. Rozpoczął tour-de okoliczne drzewa, szukając najlepszej lokalizacji. Lepszej jednak nie było, a jedno z drzew broniło się przed najeźdźcą. Posiadało wysoko pierwsze konary, a niżej był jeden złamany praktycznie tuż przy pniu. Kolega uznał, że to dobra lokalizacja, bo trudnodostępna. Długo toczył nierówny bój z owym drzewem. Nie wiem, tylko jednego, bo chwilę nie patrzyłem. Jak to się stało, że po zdobyciu pierwszego konara, w szybkim tempie wrócił na matkę ziemię, rysując po drodze na plecach złamanym konarem mapę, jak dotrzeć do jego nowej bazy. Efekt – rozdarta i zakrwawiona koszulka. Wielka szrama przez całe plecy. Ale dzielny był. Pobiegł do domu. Tylko przez kilka tygodni nie wychodził…

Już w tamtym okresie wiedziałem, że dziewczyny za kierownicą to przepis na nieszczęście (vide niedawny wypadek mojej piękniejszej połówki :> ). W tym samym opuszczonym ogrodzie były stare, zarośnięte alejki. A w niektórych miejscach zachowały się jeszcze kawałki starego płotu. Czasem niektórzy młodsi mieszkańcy mojej ulicy skracali sobie drogę właśnie tamtędy. Tak też było tym razem. Koleżanka wracając na rowerze ze sklepu jechała alejką. My w tym czasie bawiliśmy się w chowanego, czy coś tam jeszcze innego… Zabawa przerwana na chwilę została, bo płeć piękna już zdaje się wtedy zwracała naszą uwagę. Spróbowaliśmy nawiązać z koleżanką dialog. Szybko się jednak skończył – ku jej ogromnemu zaskoczeniu, rzucił się bowiem na nią kawałek płotu :/ Niestety próba rozmowy, wiezienia zakupów i kierowanie rowerem okazały się być nie do pogodzenia w tym samym momencie. Efekt – kolano rozprute do mięsa. Koleżanka też dzielna była. Ale już jej więcej tam na rowerze nie widziałem, aż do czasu, gdy ogród wycięto i zbudowano drogę…

Ponieważ, jak wspomniałem, w okolicy pełno było budów, więc dużo czasu na nich spędzaliśmy. Niestety – czasem za złe sprawowanie zostawałem uziemiony i musiałem bawić się sam na własnym podwórku. Pech chciał, że obok, przez płot, mieszkał kolega. Tego dnia kara od rodziców brzmiała „zakaz wychodzenia z podwórka”. Jako dość przedsiębiorczy malec już wtedy uznałem, że prawo jest po to, żeby je „omijać”. Jeśli przejdę przez płot z podwórka mojego na podwórko do kolegi – będziemy mogli się pobawić razem. Płot dość wysoki był jednak jak na moje możliwości i wykonany z siatki. Potrzebowałem wspomagania. Cóż lepszego w takim przypadku może być, niż drabina? Znalazłem na podwórku obcięty, kilkuszczebelkowy kawałek takiej. Solidna była. Z kątowników zespawana. Ale za krótka. Miałem jednak nadzieję, że mi pomoże w zrealizowaniu planu. Oparłem ją o siatkę. Stawiając możliwie blisko, żeby była jak najwyższa. Wdrapałem się na jej szczyt i próbowałem przedostać się na drugą stronę. Niestety – straciłem równowagę. Poleciałem jak długi do tyłu. Na szczęście na trawę. Na drabinę też długo czekać nie musiałem. Odbiła się od rozbujanej siatki i poleciała w moją stronę jako cel wybierając sobie moje oko… Dalej tego dnia pamiętam dopiero popołudnie. Na szczęście oko pozostało na miejscu. Na pamiątkę, na nosie, jakieś 2 mm od prawego oka, mam bliznę.

Jednym z naszych ulubionych zajęć było bieganie po budowach. I nie bawienie się w jakiegoś chowanego. To dla rzadziaków zabawa była. My się bawiliśmy w berka. A największe sukcesy odnosił ten, kto przyparty do muru, choćby na 2 piętrze potrafił wydostać się z opresji. Wyglądało to rozmaicie. Przechodziliśmy między oknami dwóch połówek bliźniaka (berek o słabszych nerwach musiał wówczas obiec cały budynek dookoła). Skakaliśmy z 2 piętra na górę piachu. Opuszczaliśmy się (nie wiem czemu, ale postanowiłem zmienić „spuszczaliśmy” na „opuszczaliśmy” :> ) z balkonu na balkon niżej, skakaliśmy na pobliskie drzewa itp. itd. Pewnego razu biegaliśmy sobie jak zwykle. Uciekamy stadnie przed berkiem w kierunku szopy. Pierwszy kolega się już na nią wdrapał i… nagle zginął nam z oczu… Konsternacja, przerażenie, cisza, „berek!” :D A my nic… Po chwili słychać głos znikąd. „Pomocy – wyciągnijcie mnie stąd! Już nigdy nie zobaczę mamusi, tatusia i siostry. Już nigdy nie zobaczę słońca!” (chłopak musiał mieć stres gigantyczny - na co dzień z siostrą miał na pieńku, a już zaczął za nią tęsknić ;) ). Przerażeni wdrapujemy się na szopę i widzimy dziurę w dachu. Nie wytrzymał on naszych zabaw niestety. Ostrożnie zaglądamy do środka. Na szczęście chłopak nie spadł na żadne narzędzia, pokiereszowany też nie był. Trzeba go było tylko wyciągnąć. Szopa to miejsce pełne gratów. Roztrzęsiony kumpel miał jednak problem, żeby się po nich wdrapać, ale w końcu mu się udało. Efekt – trauma. Uciekł do domu i kilka dni z niego nie wychodził :D

Zawsze lubiłem się wdrapywać – wszędzie, gdzie popadnie. Im bardziej efektownie, tym lepiej. Tak też było i podczas wakacji na wsi, gdy mając do dyspozycji długi łańcuch, na którym biegał pies, postanowiłem się wdrapać na drzewo, którego konary były daleko po za moim zasięgiem. Po kilku próbach udało mi się przerzucić ten kawał złomu przez gałąź (dopisek dla wszystkich potencjalnie oburzonych - łańcuch już był odczepiony od psa ;) ). Lecz po co mam się po nim podciągać? Wejdę po pniu, jak po chodniku – będzie bardziej spektakularnie :) Dumnym krokiem wdrapałem się na drzewo sięgając pawie konara. Jedną ręką trzymałem jeszcze łańcuch, drugą sięgnąłem do celu… Jednak ten w błyskawicznym tempie zaczął się ode mnie oddalać. Łańcuch leżący wiele lat na dworze, był może w stanie utrzymać kilkukilogramowego pieska, ale nie mnie. Przerdzewiałe ogniwo pękło, a ja równie równolegle do gleby, jak wdrapałem się na drzewo, spadłem na plecy. Ciemności nie zobaczyłem, ale płuca odmówiły posłuszeństwa. Nie mogłem zawołać o pomoc, ledwie łapałem płytki oddech. Jednak łomot, który usłyszeli rodzice, natychmiast przygnał ich na podwórko (jeśli słychać łomot, a ja jestem w pobliżu, znaczy że dzieje się źle). Tata ewakuował mnie szybko na z góry upatrzone pozycje, a mama (lekarz – kto wie, czy bym żył do tej pory, gdyby nie jej opieka w takich wypadkach), zajęła się opieką i monitorowaniem, czy potrzebna karetka, czy nie. Do końca wakacji bolały mnie plecy. Na szczęście tyłek nie, bo rodzice mi darowali lanie ;)

c.d.n.
Autor
  • RSS - blog seboss
  • Najnowsze posty
    Najpopularniejsze posty
    Moje pliki
    Statsy bloga
    • Postów: 25
    • Komentarzy: 19
    • Odsłon: 5744

    Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi