Ponieważ przedłużająca się choroba sprzyja retrospekcjom, postanowiłem podzielić się moimi przygodami z dzieciństwa i nie tylko.
Szczęśliwie dorastałem jako małe dziecię w powstającej dopiero dzielnicy domków jednorodzinnych (względnie bliźniaków). Wszystkie budowy z kolegami znaliśmy od podszewki. Śmiem twierdzić, że parokur powstał na wzór naszych zabaw (lub freerun – jeśli ktoś chce być bardzo precyzyjny ;) )
Gdzieś tak na początku szkoły podstawowej w naszej okolicy ostał się ostatni poniemiecki zapuszczony ogród. Raj dla młodzieńców w tym wieku. W jego środku stał wielki orzech. Z użyciem dostępnych wokół materiałów – zbudowaliśmy na nim bazę. Posiadała wszelkie udogodnienia. 2 punkty obserwacyjne, „pokój” zebrań itp. Niestety – jak to z facetami bywa – demokracji być nie mogło… Musiał ktoś rządzić. Jednak nikt nie chciał być rządzony. Mniej więcej jak Ukraina oddzieliła się od ZSSR, tak i kolega postanowił założyć własną bazę. Rozpoczął tour-de okoliczne drzewa, szukając najlepszej lokalizacji. Lepszej jednak nie było, a jedno z drzew broniło się przed najeźdźcą. Posiadało wysoko pierwsze konary, a niżej był jeden złamany praktycznie tuż przy pniu. Kolega uznał, że to dobra lokalizacja, bo trudnodostępna. Długo toczył nierówny bój z owym drzewem. Nie wiem, tylko jednego, bo chwilę nie patrzyłem. Jak to się stało, że po zdobyciu pierwszego konara, w szybkim tempie wrócił na matkę ziemię, rysując po drodze na plecach złamanym konarem mapę, jak dotrzeć do jego nowej bazy. Efekt – rozdarta i zakrwawiona koszulka. Wielka szrama przez całe plecy. Ale dzielny był. Pobiegł do domu. Tylko przez kilka tygodni nie wychodził…
Już w tamtym okresie wiedziałem, że dziewczyny za kierownicą to przepis na nieszczęście (vide niedawny wypadek mojej piękniejszej połówki :> ). W tym samym opuszczonym ogrodzie były stare, zarośnięte alejki. A w niektórych miejscach zachowały się jeszcze kawałki starego płotu. Czasem niektórzy młodsi mieszkańcy mojej ulicy skracali sobie drogę właśnie tamtędy. Tak też było tym razem. Koleżanka wracając na rowerze ze sklepu jechała alejką. My w tym czasie bawiliśmy się w chowanego, czy coś tam jeszcze innego… Zabawa przerwana na chwilę została, bo płeć piękna już zdaje się wtedy zwracała naszą uwagę. Spróbowaliśmy nawiązać z koleżanką dialog. Szybko się jednak skończył – ku jej ogromnemu zaskoczeniu, rzucił się bowiem na nią kawałek płotu :/ Niestety próba rozmowy, wiezienia zakupów i kierowanie rowerem okazały się być nie do pogodzenia w tym samym momencie. Efekt – kolano rozprute do mięsa. Koleżanka też dzielna była. Ale już jej więcej tam na rowerze nie widziałem, aż do czasu, gdy ogród wycięto i zbudowano drogę…
Ponieważ, jak wspomniałem, w okolicy pełno było budów, więc dużo czasu na nich spędzaliśmy. Niestety – czasem za złe sprawowanie zostawałem uziemiony i musiałem bawić się sam na własnym podwórku. Pech chciał, że obok, przez płot, mieszkał kolega. Tego dnia kara od rodziców brzmiała „zakaz wychodzenia z podwórka”. Jako dość przedsiębiorczy malec już wtedy uznałem, że prawo jest po to, żeby je „omijać”. Jeśli przejdę przez płot z podwórka mojego na podwórko do kolegi – będziemy mogli się pobawić razem. Płot dość wysoki był jednak jak na moje możliwości i wykonany z siatki. Potrzebowałem wspomagania. Cóż lepszego w takim przypadku może być, niż drabina? Znalazłem na podwórku obcięty, kilkuszczebelkowy kawałek takiej. Solidna była. Z kątowników zespawana. Ale za krótka. Miałem jednak nadzieję, że mi pomoże w zrealizowaniu planu. Oparłem ją o siatkę. Stawiając możliwie blisko, żeby była jak najwyższa. Wdrapałem się na jej szczyt i próbowałem przedostać się na drugą stronę. Niestety – straciłem równowagę. Poleciałem jak długi do tyłu. Na szczęście na trawę. Na drabinę też długo czekać nie musiałem. Odbiła się od rozbujanej siatki i poleciała w moją stronę jako cel wybierając sobie moje oko… Dalej tego dnia pamiętam dopiero popołudnie. Na szczęście oko pozostało na miejscu. Na pamiątkę, na nosie, jakieś 2 mm od prawego oka, mam bliznę.
Jednym z naszych ulubionych zajęć było bieganie po budowach. I nie bawienie się w jakiegoś chowanego. To dla rzadziaków zabawa była. My się bawiliśmy w berka. A największe sukcesy odnosił ten, kto przyparty do muru, choćby na 2 piętrze potrafił wydostać się z opresji. Wyglądało to rozmaicie. Przechodziliśmy między oknami dwóch połówek bliźniaka (berek o słabszych nerwach musiał wówczas obiec cały budynek dookoła). Skakaliśmy z 2 piętra na górę piachu. Opuszczaliśmy się (nie wiem czemu, ale postanowiłem zmienić „spuszczaliśmy” na „opuszczaliśmy” :> ) z balkonu na balkon niżej, skakaliśmy na pobliskie drzewa itp. itd. Pewnego razu biegaliśmy sobie jak zwykle. Uciekamy stadnie przed berkiem w kierunku szopy. Pierwszy kolega się już na nią wdrapał i… nagle zginął nam z oczu… Konsternacja, przerażenie, cisza, „berek!” :D A my nic… Po chwili słychać głos znikąd. „Pomocy – wyciągnijcie mnie stąd! Już nigdy nie zobaczę mamusi, tatusia i siostry. Już nigdy nie zobaczę słońca!” (chłopak musiał mieć stres gigantyczny - na co dzień z siostrą miał na pieńku, a już zaczął za nią tęsknić ;) ). Przerażeni wdrapujemy się na szopę i widzimy dziurę w dachu. Nie wytrzymał on naszych zabaw niestety. Ostrożnie zaglądamy do środka. Na szczęście chłopak nie spadł na żadne narzędzia, pokiereszowany też nie był. Trzeba go było tylko wyciągnąć. Szopa to miejsce pełne gratów. Roztrzęsiony kumpel miał jednak problem, żeby się po nich wdrapać, ale w końcu mu się udało. Efekt – trauma. Uciekł do domu i kilka dni z niego nie wychodził :D
Zawsze lubiłem się wdrapywać – wszędzie, gdzie popadnie. Im bardziej efektownie, tym lepiej. Tak też było i podczas wakacji na wsi, gdy mając do dyspozycji długi łańcuch, na którym biegał pies, postanowiłem się wdrapać na drzewo, którego konary były daleko po za moim zasięgiem. Po kilku próbach udało mi się przerzucić ten kawał złomu przez gałąź (dopisek dla wszystkich potencjalnie oburzonych - łańcuch już był odczepiony od psa ;) ). Lecz po co mam się po nim podciągać? Wejdę po pniu, jak po chodniku – będzie bardziej spektakularnie :) Dumnym krokiem wdrapałem się na drzewo sięgając pawie konara. Jedną ręką trzymałem jeszcze łańcuch, drugą sięgnąłem do celu… Jednak ten w błyskawicznym tempie zaczął się ode mnie oddalać. Łańcuch leżący wiele lat na dworze, był może w stanie utrzymać kilkukilogramowego pieska, ale nie mnie. Przerdzewiałe ogniwo pękło, a ja równie równolegle do gleby, jak wdrapałem się na drzewo, spadłem na plecy. Ciemności nie zobaczyłem, ale płuca odmówiły posłuszeństwa. Nie mogłem zawołać o pomoc, ledwie łapałem płytki oddech. Jednak łomot, który usłyszeli rodzice, natychmiast przygnał ich na podwórko (jeśli słychać łomot, a ja jestem w pobliżu, znaczy że dzieje się źle). Tata ewakuował mnie szybko na z góry upatrzone pozycje, a mama (lekarz – kto wie, czy bym żył do tej pory, gdyby nie jej opieka w takich wypadkach), zajęła się opieką i monitorowaniem, czy potrzebna karetka, czy nie. Do końca wakacji bolały mnie plecy. Na szczęście tyłek nie, bo rodzice mi darowali lanie ;)
c.d.n.
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą