< >  wszystkie blogi

seboss's blog

Potwornie absurdalny blog

Autentycznie traumatycznie cz. 2

13 luty 2008 ·
Choróbsko męczy nadal. Spisałem więc, co mi się znowu przypomniało. Tak więc wypadków ciąg dalszy. Tym razem kilka rowerowych.

Choróbsko męczy nadal. Spisałem więc, co mi się znowu przypomniało. Tak więc wypadków ciąg dalszy. Tym razem kilka rowerowych.

Gdy rozpoczynały się moje romanse z dwoma kółkami, taka oto przygoda mi się przydarzyła. Jazda na rowerku bez bocznych kółek nie należała do trudnych. Długo z rodzicami walczyłem, żeby mi je zdemontowali. Udało się. Gdy wreszcie zacząłem jeździć po pobliskim rondzie w kółko (tak, rondzie – mam takie małe rondo na ulicy, które jest ot tak sobie) kolega rzucił mi wyzwanie. Kto jest szybszy. Na pewno ja! Tylko trzeba to udowodnić. Trzy… Czte… Ry… Start… Kręcimy tymi pedałami. Myślę, że pewnie przekroczyliśmy już 3 prędkość kosmiczną, gdy tu nagle inny kolega, w nagłym przypływie dobrego humoru, postanowił mi wskoczyć na drogę. I to skutecznie, tak, że gdy zmieniałem tor, to on przesuwał się też. Jadę a on cały czas przede mną i dziwnie nie czuje respektu przed moją maszyna z piekła rodem. Za to ja zaczynam odczuwać stres, że w niego wjadę z niemałym impetem. I tu się okazało, czego jeszcze nie umiem. Skutecznie hamować w sandałkach na rowerze (jak mi ktoś wyskoczy z krzywym tekstem o sandałkach, to znajdę, gdziekolwiek mieszka; mały byłem – rodzice mi kazali ]:-> ). Był to rowerek klasyczny, w którym hamowało się kręcąc pedałami do tyłu. Ja rozpocząłem jednak proces hamowania opuszczając podwozie do przodu, żeby zahamować nogami. Niestety podwozie wkręciło mi się w przednie koło. Stopa w sandałach odbiła się od asfaltu i niefortunnie dostała między szprychy oraz widelec. Bum… Masa płaczu. Stopa uwięziona, ja na rowerze wykręcony, ani siedzieć, ani zejść nie mogę. Pomogła mi kuzynka, jednocześnie wymyślając na dowcipnego kolegę. Efekt – stopa posiniaczona i poraniona. Ja leżę zapłakany na trawie. Kolega w podskokach zmiata do domu w przerażeniu, po wysłuchaniu gróźb karalnych kuzynki, wyścig został uznany za nieważny…

Kilka dni wcześniej, czy później. Jadę z w/w kuzynką. Mijamy jakieś drzewo. Jak to z drzewami bywa – korzenie wystają z ziemi. Kuzynka chciała pokazać jak się pokonuje nierówności. Poderwała kierownicę i… Okazało się, że koło postanowiło wrócić na ziemię samo i to szybciej, niż reszta roweru. Nie zrażając się dalej brakiem kierowcy pomknęło przed siebie, z niewiarygodną wręcz precyzją trafiając w otwartą furtkę u sąsiada i dalej mknąc po jego podwórku. W przeciwieństwie do niego, rower zatrzymała się natychmiast, gdy widełki spotkały się z matką ziemią. Na szczęście kuzynka skoczna była, a rower to nie był składak, tylko coś na kształt górala, więc kierownica w tej pozycji nisko była, tak więc dziewczę susem ją pokonało i chwilę jeszcze pobiegło. Długość przebytej drogi była wyznacznikiem zajętej pozycji. Koło zajęło miejsce pierwsze, kuzynka drugie. Ja siedziałem na swoim rowerki i pękałem ze śmiechu Wypadek ten był spowodowany dwoma katastrofalnymi w skutkach wydarzeniami. Pierwsze z nich. Rower był produktem z końca epoki komunizmu w naszym kraju, więc jakość jego złożenia pozostawiała wiele do życzenia, a odebrany był właśnie ze sklepu. Drugie z nich – z braku męskiej ręki w domu (tata był gdzieś w podróży), za przygotowanie roweru do drogi odpowiedzialne były 3 kobiety. Moja mama, ciotka i kuzynka… Chyba nic więcej nie muszę dodawać

Starszy już byłem. Pod moją opiekę dostał się rowerek na którym kuzynka wpadła onegdaj w tarapaty. Dobrze mi się na nim jeździło. Przez moje rodzinne miasto przejeżdżał właśnie Tour de Pologne czy Wyścig Pokoju. Zafascynowany tym wydarzeniem postanowiłem z kolegą obejrzeć go na żywo. Popędziliśmy na most, przez który w pobliżu przejeżdżać mieli kolarze. Niestety trochę się spóźniliśmy. Ponieważ jednak dalej mieli oni pokonać trasę zbliżoną do litery L, postanowiliśmy pomknąć na skróty. Po drodze jest wysoka górka usypana z gruzów wywiezionych podobno z miasta po wojnie. Ładnie porośnięta drzewami. Postanowiliśmy na nią wjechać, żeby zobaczyć, gdzie znajduje się peleton. Następnie korzystając z dużego nachylenia stoku postanowiliśmy nabrać odpowiedniej prędkości, aby znaleźć się jak najszybciej na miejscu. Kolega niestety zjeżdżał wolnej ode mnie. Gdy go dogoniłem, miałem do wyboru – zderzenie, albo szybka ucieczka ścieżką w prawo. Wybrałem wariant drugi, nie biorąc jednak pod uwagę, że w miejscu, gdzie wyjadę z krzaków, nie będzie już drogi na wprost. Po raz kolejny w życiu rozpędzony do 3 prędkości kosmicznej, wypadłem z krzaczorów i oczom moim ukazał się oddalony o jakieś 5, może trochę więcej, metrów płot. Taki solidny. Ze spawanych pionowo prętów. Okazało się, że za mało solidny jak dla mnie. Znaczy się bardziej dla mojego roweru. Pręty przyspawane były ok. 15cm od siebie. Jeden się wyłamał podczas uderzenia. Ja niestety zatrzymałem się na dwóch zewnętrznych, a następnie, udałem się w drogę powrotną (zgodnie z III zasadą dynamiki Newtona „Każdej akcji towarzyszy reakcja równa co do wartości i przeciwnie skierowana”. Natomiast rower podróży jeszcze nie zakończył. Podczas zderzenia obróciła się kierownica. Dużo dzięki temu węższy, przecisnął się przez płot i pomknął dalej wolny niczym dziki mustang na korty tenisowe… O dziwo. Żadnych złamań, żadnych obrażeń, żadnych wybitych zębów, rower w stanie prawie nienaruszonym. Nie zdążyliśmy tylko dogonić peletonu, ponieważ musiałem trochę poleżeć na trawie. Jakoś tak mnie naszło…

Tym razem już znacznie większy ja i rower. Jadę z kolegą po podmiejskiej bocznej drodze. Lato, piękny zachód słońca, świeże powietrze. Sielanka. Cały szczęśliwy zacząłem odstawiać Titanic’a na rowerze, jadąc bez trzymanki. Niestety gdy mijał mnie kolega, w tym samym momencie zaczął mijać nas samochód. Przestraszony towarzysz podróży zmienił tor jazdy, zaczepiając o moją kierownicę. A wolno nie jechaliśmy. Miała niemal miejsce powtórka z przeszłości. Dla zachowania równowagi wystawiłem podwozie z prawej strony, bo się na nią przechyliłem. Ogromne uderzenie. Ból niesamowity. Spadłem z roweru, rower spadł z nasypu na którym była droga. Pół godziny leżenia ze wzruszenia na poboczu… Efekt – rozerwana torebka stawowa, której zawartość się rozlała tworząc ogromną, siną banię z mojej lewej stopy, zwolnienie z wu-efu przez pół roku. Do końca życia moja prawa stopa będzie miała mniejszy zasięg „w tył” niż lewa. Np. mam problem z przyklękaniem na prawej nodze.
 

Skomentuj

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi