Dzisiaj trzy rzeczy.
Po pierwsze: film.
Po drugie: teatr.
Po trzecie wreszcie: muzyka.
Z Małżonką byliśmy ostatnio w kinie. W obliczu faktu, że młode dzieciate malżeństwo nie ma zbyt wielu okazji do dania upustu swoim kinomańskim chcicom, już sam fakt "bycia w kinie" (w zasadzie na filmie, nie w kinie, jeśli komuś się to kojarzy) jest ogromnym sukcesem, ale nie w tym rzecz. Poszliśmy na Sierociniec. Jeśli ktoś chce się nieźle przestraszyć, a przy okazji uryczeć jak dziki bawół- polecam w ciemno. Okazuje się, że na fali japońskiego horroru i podłych amerykańskich podróbek tegóż pod bokiem nam wyrosła hiszpańska konkurencja. Labirynt Fauna był cudowny, klimatem kopał mnie w mosznę i nie pozwalał na jakikolwiek kontratak. Sierociniec tę ofensywę na moją jaźń nie bez stysfakcji podtrzymywał. Fabuła niby mikra- ot, wychowanka sierocińca po latach wraca do opustoszałego budynku, by wraz ze swoją rodziną założyć w nim rodzinny dom dziecka. Jej syn ma dwóch wymyślonych przyjaciół, ale po wizycie w nadmorskiej grocie zastępuje ich cała czeredka dzieciaków, z którymi małolat spędza każdą chwilę- nie trzeba dodawać, że tylko on ich widzi. A później niewidzialne dzieci zaczynają zabawę, która doprowadza do zniknięcia chłopca- matka rozpoczyna poszukiwania. Jak się całość kończy nie powiem, bo nie znoszę opowiadać filmów, ale fakt pozostaje faktem- ja chlipałem, Małżowinka moja wyła jak bóbr... Tak więc rzecz pierwsza: Sierociniec.
Rzecz druga: Zbyszek Hołdys porzucił wiosło i zajął się dramatopisarstwem. Mam do niego olbrzymi sentyment i kibicuję wszystkim przedsięwzięciom jakie przed się bierze. O ile do tej pory Guru parał się tłumaczeniami sztuk zgramanicznych (Pif!Paf! Jesteś trup!), to przyszła pora na debiucik. Pora tym bardziej wyczekiwana, że syn jego Tytus wraz z przyjaciółmi (Kamil Dąbrowski i Tomasz Solich) założyli trupę aktorską Niewinni Chłopcy. Chłopaki są młode i zdolne (wiem, bo widziałem, a że sam się zajmowałem teatrem amatorsko to jakieś pojęcie, kurde, mam), tylko repertuaru nie mieli. Tak więc Zbigniew machnął dramacik Prawo McGoverna. Byłem na spektaklu przedpremierowym z udziałem Agnieszki Holland i Magdy Łazarkiewicz (żony Piotra, który podjął się reżyserii spektaklu, acz- jakże niestety- premiery nie dożył) i powiem jedno: jeśli zobaczycie gdzieś na mieście plakat z Niewinnymi Chłopcami, to pilnie baczcie, gdzie grają.
Spektakl odbył się w Starej Prochowni, więc rzecz jest kameralna i nastrojowa. Gdzieś w piwnicach za stołem siedzi dwóch mężczyzn- jeden z nich ma przyklejony do głowy semteks z zapalnikiem, do zawleczki którego przywiązany jest sznurek. Jego drugi koniec jest w ręce Sykstusa Wagnera, który chce zemsty za śmierć swojego ojca, pisarza oskarżonego o plagiat. Atmosfera jest napięta jak detonacyjna linka i- rzecz ważna- tempo nie siada ani na chwilę. Chce się czy nie- ta linka nie służy do wybuchnięcia granatu na głowie skazańca. Ona jest po to, aby widz był prowadzony na niej, w ciągłym napięciu i z myślą, że wcześniej czy później jego głowa zrobi efektowne "bum". A chwilę później zaczynasz się zastanawiać, gdzie jest granica między katem i ofiarą- i czy wkroczenie antyterrorystów to koniec, czy dopiero początek...
I rzecz trzecia. Dotarła do mnie dzisiaj płyta Rock loves Chopin. Słucham jej czwarty raz i wygląda na to, że w odtwarzaczu zagości na dłużej. Gitarowe riffy, jazgot strun i balet na gryfie to karkołomna operacja na klasyce i pewnie Blechacz czy Zimmerman padliby na zawał po pierwszych taktach takiej Etiudy Rewolucyjnej w wykonaniu Chwieralskiego wspieranego przez bas Pi, ale że zawsze mnie wabił gitar słodki dźwięk- taką stylistykę kupuję w ciemno. I na deser Sonata Księżycowa Beethovena, a wśród gości Borysewicz, Grzyb, Markowscy...
No, a żeby dopełnić obrazu, jaki to ja, kurffa, kurturarny jezdem, to powiem, że van Gogh nadal nie żyje.
Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?
Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą