< >  wszystkie blogi

zaganiacz's absurdlog

Potwornie absurdalny blog

wyprawa do Rumunii 2008. krótka relacja;)

31 lipiec 2008 ·

dzień 1-Patisony zasmażane

Wyprawa ze szczecina rozpoczęła się od 13 godzinnej podróży pociągiem do Przemyśla. Nie była to pierwsza taka przeprawa przez cały kraj, ale stwierdzić trzeba, że dobrym pomysłem jest jazda w środku tygodnia, bo nie ma takich tłumów i jedzie się w miarę komfortowo. Początkowo jechaliśmy we czwórkę Marta, Iga, Zachar i ja. rozczarowali mnie wszyscy, że tylko ja wykazałem się myśleniem strategicznym i zabrałem do pociągu wina i piwka, żeby się droga nie dłużyła. podróż upłynęła na czytaniu wydrukowanych z netu relacji innych z wypraw w fogarasze. oczywiście pojawiły się wątpliwości, czy to dobry pomysł jednak tam jechać, skoro często załamuje się tam pogoda, cyganie kradną i ogólnie jest be. ale szybko stłumiono w zarodku wszelkie wątpliwości;)

mieliśmy ze sobą 2 przewodniki-pascala po rumunii (przydaje się podczas zwiedzania miast, natomiast na górskie wyprawy jest gówniany), bezdroża-góry fogaraskie (całkiem spoko, choć na planie miasta fagaras zaznaczyli dworce pkp i pks nieco gdzie indziej niż są w rzeczywistości, co kosztowało nas sporo spacerowania, a ponadto coś co bywało tam opisane jako górskie schronisko, już dawno tym schronikiem być przestało) w krakowie dosiedli się do nas jeszcze Żbik i Boguś i pojechalym dalej. chłopaki wcześniej chodzili po tatrach przez parę dni, więc byli już wkręceni w górski klimat. zresztą, przez resztę wycieczki też często o tym gadali;) w Przemyślu byliśmy późnym wieczorem, a autobus do suczawy mieliśmy mieć o 7.30 rano, więc zamelinowaliśmy się w tamtejszym chronisku.polecam-niedrogo, przyjemnie, czyściutkie łazienki, z których skwapliwie korzystaliśmy, mając na względzie, że takich luksusów możemy już przez pewien czas nie doświadczyć.

dzień 2 Nawet bin laden byłby w stanie przemycić tam sztangę fajek...w turbanie;)

bilet przemyśl-suczawa kosztuje 120 zł. ale w sumie warto wydać tą kasę, bo w miarę sprawnie dociera się do samej rumunii. w autobusie głównie polskie towarzystwo, tylko kierowca, jego 2 kumpli o złotych zębach i jakaś stara przekupka byli inne narodowości (ale nie rozszyfrowaliśmy czy ukraińskiej, czy rumuńskiej;)) przejazd przez granicę po polskiej stronie przebiegł gładko, zatrzymali nas dopiero ukraińcy. zapowiadało się na dłuższe oczekiwanie, luki bagażowe poszły w górę i w sumie spodziewaliśmy się przykładnego trzepania plecaków. ale sytuację radykalnie odmienił położony, jakby od niechcenia, na chodkach autobusu banknocik(chyba 50 dolarów, choć niektórzy mówli, że 100). nagle okaząło się, że wystarczy dać nam w sumie stempel w paszportach i możemy jechać dalej, z małą przerwą na siku najwyżej. drogi na ukrainie to jakaś masakra. już dawno mnie tak nie wytelepało i niniejszym uroczyście obiecuję, że na nasze nie powiem już złego słowa. sama ukraina z okien autobusu wygląda dość malowniczo, wręcz sielkso. nie opłacało się spać, więc częśćź trasy spędziłem na gapieniu się na krajobraz. za to rzuca się w oczy jedna rzecz, szczególnie w małych miejscowościach. pełno jest poomników stepana bandery, ozdobionych kwiatami zresztą. a w paru miejscach, obok flagi ukrainy powiewałyn też czarno-czerwone sztandary. kłuje to trochę w oczy. i pozwala poderzewać, że ciągoty nacjonalistyczne są na tych terenach silne. mniej więcej w połowie drogi zaczęły się dziać historie, dzięki którym autobus otrzymał od nas pieszczotliwą nazwę "przemytnik";) pierwszy postój na stacji paliw. najpierw tankowanie autobusu, a później oczywiście tankowanie kanistrów do pełna wyciąganych gdzieś z czeluści autobusu;) później wyprawa wzdłuż autobusu jednego ze złotozębnych kompanów kierowcy i wtykanie w wolne przestrzenie w naszych fotelach papierosów. ech...dzicz jak nie wiem. kolejna granica, tym razem ukraińsko rumuńska, tutaj zapowiada się dłuższy postój. wcześniej wyśmiewanym będąc, że zabrałem ze sobą książkę jacka pałkiewicza na takie sytuacje, tym samym jeszcze bardziej dociążając i tak już ciężki plecak-teraz byłem zwycięzcą;) ale żeby ekipie nie było przykro, czytałem na głos, więc czas jakoś leciał. zwłaszcza podczas fragmentu o afrykańskim rzuczku z rodziny czarnuchowatych i jego sposobach na przetrwanie na pustyni;D

przemyt im się udał i gdy wjechaliśmy do rumunii od razu dało się odczuć radykalną poprawę jeśli idzie o stan dróg tamtejszych. wieczorem byliśmy w suczawie. to jest miasto niedaleko granicy, historyczna stolica mołdawii zresztą. w regionie pozostało jeszcze sporo Polaków, a w niektórych okolicznych wioskach są oni nawet w większości. nocleg znaleźliśmy dość szczęśliwie w pensjonaciku, co mieści się w budynku dworca pks tamtejszego, tylko na pięterku;) ale najważniejsze, że było tanio. i swojsko dość, bo w 2 osobowym pokoju zamelinowaliśmy się w szóstkę;P

wieczorem jeszcze wyprawa krajoznawcza po mieście. sympatyczne, ma mnóstwo małych skwerków, gdzie można sobie przysiąść i się wyluzować, ale mimo, ze siedziało tam sporo ludzi, na żadnym z nich nie wypatrzyliśmy, żeby ktoś trąbił tam browary. dziwna sprawa;) a podczas nasiadówy w jednej z knajp, z lokalnego ich radia poleciał myslovitz, co znaczy, że nasza ekspansja kulturowa zatacza coraz szersze kręgi:D

dzień 3 nie taki znowu mały kraj

Wcześnie rano wpakowaliśmy się w autobus do braszowa, zdecydowaliśmy, że w fogarasze wchodzimy od strony wschodniej i kierujemy się na zachód. podróż trwała co prawda 7 godzin, ale była rewelacyjna jeśli idzie o widoki. droga wijąca się serpentynką pośród gór, przejazdy ciasnymi kanionami pomiędzy wysokimi pionowymi blokami skalnymi. rewelacja. i postój na malowniczej polanie niedaleko wejścia do pobliskiego parku narodowego. no i z wyjątkowo czystymi kiblami;]

na dworcu w braszowie wylądowaliśmy, a jak, w knajpie. Żbik namówił nas na spróbowanie lokalnego specyfiku- ciorba de burta. jest to coś w rodzaju naszych flaczków, ale zrobionych na łagodnie i zabielonych mocno śmietaną. jako dodatek dają do tego papryczkę chilli do przegryzania. oprócz tego oczywiście skusiliśmy się na kolejny niedrogi browarek;)

z braszowa pojechaliśmy do fagaras. dosyć zapuszczona mieścina, gdzie nieogarnięci ludzie nie byli w stanie powiedzieć, gdzie u nich znajduje się przystanek autobusowy. wzięliśmy więc 2 taksówki i dojechaliśmy do wioski Breaza, skąd mieliśmy już rozpocząć wchodzenie w góry. taksówkarze nie mają instynktu zamozachwawczego za grosz i nikczemnie zapierdalają przez wąskie wiejskie ścieżki. gdy dotarliśmy na miejsce był już wieczór i w sumie dobrze, że nie posłuchaliśmy owych taksówkarzy i nie poszliśmy od razu w góry, tylko na jakieś polance za wioską, u podnóża gór, rozbiliśmy obozowisko. a dla lepszego snu jeszcze się w piwko zaopatrzyliśmy. lektura przewodnika, gdzie opisano 5,5 tys. dziko żyjących niedźwiedzi brunatnych w górach pod którymi spaliśmy działało na wyobraźnię nieco, ale dało radę zasnąć (w moim przypadku poszło to w sumie bardzo sprawnie;))

dzień 4 mordercze osły i dwóch zabijaków na polanie;]

od rana rozpoczęliśmy podejście, wiadomo, 1 dzień w górach, plecak wydaje się bardzo ciężki, kondycja w powijakach, ale jest fajnie. niewiele jest momentów równie pozytywnie nastrajających, gdy jest się całym mokrym od potu, plecak jest przyklejony do pleców, na bieżąco synchronizuje się rytm marszu z oddechem. a samo podejście nie było przecież ciężkie...gdy las zaczął się przerzedzać pojawiają się rewelacyjne widoki. chwilę później Idze rozjebał się plecak. nowo kupiony zresztą. nie pamiętam jego marki, ale w logo ma wielbłąda-nie polecam tego zakupu w związku z tym. przymusowy postój stał się pretekstem do małego piwkowania (sic! 1 browar na 4 osoby;/ tyle bało akurat). później szliśmy dalej, głównie lasem, w oczekiwaniu na schronisko, gdzie oczyma wyobraźni jedliśmy jakieś pyszności na ciepło i żłopaliśmy piwo, na zimno oczywiście;). pogodę mieliśmy rewelacyjną, żadnej chmurki na niebie, przwie 30 stopni, prawdziwe wakacje. gdy dotarliśmy spotkało nas małe rozczarowanie-nasze schronisko okazało się nieczynne. od ekipy turystów, którą tam spotkaliśmy dowiedzieliśmy się, że właściciel 2 lata tem zmarł i teraz nikt się tym już nie zajmuje, a budynek niszczeje. działa, czy nie działa, spać gdzieś trzeba, więc zdecydowaliśmy się na nocleg w tym przybytku. uwaga-w przewodniku "bezdroża" nasze schronisko widnieje jako działające. nie ma co ufać przewodnikom bezgranicznie;) w międzyczasie pojawiła się para holendrów, którzy też wędrowali po górach i zdecydowali się na nocleg na tej polanie, ale nie w budynku, tylko pod namiotem, obok. później przyszło stadko osłów i dwóch cieciów wraz z nimi. doprawdy, bardzo poczciwe stwory (te osły;p). mają chyba najwięcej zdjęć z nas wszystkich. gdy zaczynało się ściemniać w niektórych uczestnikach wyprawy pojawiły się niczym nie uzasadnione lęki, że owych dwóch oślich opiekunów, to z pewnością jacyś mordercy i pewnie tylko czekają, aż zaśniemy, żeby nas dorwać;D położyliśmy się w rządku na znalezionych tam materacach, żeby zregenerować siły na jutro. i zaczęły się jaja:D zerwał się wiatr, wiec okiennice regularnie trzaskały po oknach, które i tak nie miały już kompletnych szyb, Marta włączyła sobie mp3 na głośno, żeby nie słyszeć i się nie bać. zachar poszedł jeszcze dalej, co w sumie było śmieszne jak nie wiem:) pod drzwiami ustawił w piramidkę wszystkie nasze kubki, żeby narobiły hałasu, gdyby ktoś chciał wchodzić do naszego pokoju, no i przewrócił kawałek dalej jedną z ławek ("jak uda im się prześlizgnąć przez kubki, to chociaż o ławkę się wypierdolą"). a w nocy czuwał z włączoną latarką, żeby potencjalni zabójcy wiedzieli,m że jest czujny.aaa, jeszcze jeden skecz-dookoła budynku były osły, a osły jak to osły, czasem robią sobie beztrosko trochę hałasu. obudziłem się jakoś w środku nocy, ciemno jak nie wiem, tylko ta latarka zachara i jego pointa tej sytuacji cedzona przez zęby: "zaraz wyjdę i zarżnę te wszystkie jebane osły!". nie znałem go od tej strony;)

dzień 5 w końcu prawdziwe góry

od rana kolejne podejście. wcześniej trzeba było zaopatrzyć się w dużo wody. z górskiego źródełka (mniam), bo napisano, że to jedyne źródło wody w promieniu kilku godzin marszu. podejście było dosyć strome, ale dawaliśmy radę. najpierw szliśmy lasem, później przeciskaliśmy się wąską ścieżką przez jakieś krzaczory, żeby w końcu doczłapać na wysokość około 2 tys n.p.m.stamtą zaczęły się już rewelacyjne widoki. dla takich momentów naprawdę warto było tam włazić. póxniej idąc szlakiem ze stoku zaczęły biec w naszym kierunku 2 psiska pasterskie. pisali o tym w przewodniku, że nie są sympatyczne. ale zatrzymałysię i szły jakieś 10 metrów za nami ścieżką. ja szedłem mając w ręku petardy dla odstraszenia i gaz pieprzowy dla obrony. ale okazało się, że po kilku minutach kompani nas opuścili. chcieli chyba nas odprowadzić byle dalej od stada owiec, którego pilnowali. chwilę póxniej Zachara dopadła choroba górska, spotęgowana do granic przyzwoitości jakąś hipochondrią. w amoku postanowił nawet powyrzucać z plecaka rzeczy, które w sumie były przydatne, byleby tylko był lżejszy. echh...jak sobie odpoczął trochę to mu przeszło i mogliśmy w końcu rozpocząć podejście pod szczyt. szczyt Urlea (2474m) udało się zdobyć po południu, końcówka podejścia była już skalista i pękałem podczas wchodzenia, ale dało radę:) wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to nasz ostatni zdobyty szczyt w górach fogaraskich;/ podczas zejścia weszliśmy w środek stada owiec, pasterz dostał od Bogusia kilka fajek i miał oko na swoje psiska. zaczęło się dość mocno chmurzyć, ale chmury nie wisiały jeszcze bardzo nisko. czekało nas dość strome zejście do schroniska. okazało się męczące jak cholera. w międzyczasie poznaliśmy też wędrującego po górach amerykanina imieniem Tom. i poszliśmy dalej razem. schronisko cabana valea sambetei okazało się dosyć obdarte, ale nikt  nie wybrzydzał, pokoje były ciasne, ale czyściutkie łóżka i ogólnie spoko. tylko zajebiście drogo, jeśli idzie  o jedzenie i picie. poznaliśmy się też z tutejszym pasterzem. wyjątkowo fotogeniczny typ, strzeliliśmy sobie z nim sesję zdjęciową;) przyszła ulewa, zrobiła się mgła, w oddali tłukły pioruny. stwierdziliśmy, że jeśli do rana się nie rozpogodzi, to schodzimy z gór i będziemy zwiedzać rumunię. polazłem spać dosyć wcześnie, żbik z bogusiem wdali się w jadalni w dyskusję z jakimś szwajcarskim komunistą;)

dzień 6 schodzimy

Rano deszcz, mgła jak cholera, słychać, że w górach burza, bo grzmi równo. Nie był wyjścia-schodzimy. Chociaż szkoda było opuszczać góry tak szybko. W sumie zejście nie było strome, czy forsujące, ale przez ten deszcz nie było specjalnie przyjemnie, a w dodatku gdzieniegdzie dość ślisko. Ale przyznać trzeba, że sam szlak był bardzo malowniczy. Szliśmy wzdłuż strumienia, który pewnie na co dzień jest przyjazną małą wstęgą, teraz przez burzę się rozrósł i wesoło huczał nam przez prawie całą trasę. Pod koniec szlaku strumień ten przeciął nam drogę, ale pomostu żadnego nie było;) były 2 drogi-albo liczyć na swój zmysł równowagi i przejść po przewalonym w poprzek pniu, albo poprzyskakiwać przez wystające z rzeki głazy i liczyć, że nie wpadnie się w poślizg i nie popłynie z nurtem;) wybraliśmy w większości wariant drugi i oprócz nieco zmokniętych butów obyło się bez strat. Pień wybrał za to Boguś (który szedł przed nami) i Marta (od której wcześniej wziąłem plecak, żeby równowagi nie zachwiał;)). Dotarliśmy do schroniska Cabana Sambetei. Całkiem niezły standard, miła obsługa i w sumie dość niedrogo. Po rozłożeniu rzeczy do wysuszenia wyruszyliśmy do knajpy na porządny obiad. Był niezły, choć nie taki znowu tani. A wieczorem rozsiedliśmy się w schronisku z browarami, wspominaliśmy góry, które musieliśmy opuścić i czytaliśmy wyjątkowo bzdurne praktyczne rozmówki polsko-rumuńskie. Nie wiem co miał w głowie człowiek, który je układał. „wieloryb jest największym ssakiem na świecie”…”a piotr jest bardziej pijany niż paweł”;]

 

 Dzień 7 w dolinie

 

Z rana ruszyliśmy do wioski sambata de jos (chyba), żeby załapać się na jakiś pociąg. Po drodze zaczęliśmy łapać stopa i w sumie złapaliśmy z Martą dosyć szybko, a namówiliśmy też kierowcę, żeby zabrał też Igę i Zachara. Nie miał siły oponować;) Żbik i Boguś złapali chwilę po nas, więc bardzo sprawnie dotarliśmy na miejsce. Tam wpadliśmy do sklepu i urządziliśmy sobie pod nim prawdziwą ucztę śniadaniową, i to okraszoną rumuńskim winem. Poszliśmy dalej do wioski viola, gdzie zatrzymują się pociągi. Po drodze pytaliśmy o drogę jakąś starą cyganichę. Powiedziała nam gdzie iść, a później, gdy zorientowała się, że jesteśmy z Polski zaczęła się domagać łamaną polszczyzną pieniędzy, bo jej dzieci są głodne i ogólnie jest bieda. Gdy usłyszała, że nic nie dostanie, dowiedzieliśmy się, że jesteśmy chuligani, chuje, złodzieje i skurwysyny. To już wyszło jej bez żadnych akcentów;] przystanek był przyjemny, choć kolejowe bilety są trochę dziwne…tekturki z dziurkami ;P kręciło się tam trochę bezpańskich psów, co rozczuliło dziewczyny i oddały im nasze konserwy. Tak więc przez resztę czekania mieliśmy tam prawdziwą psiarnię. Pociągi mają w Rumunii bardzo wysoko zawieszoną drabinkę. Żeby tam wleźć trzeba dać niezłego susa. Ciekawe jak sobie z tym radzą starzy ludzie. Podróż pociągiem była przyjemna. Do Bogusia dosiadł się jakiś namolny Rumun i twardo z nim dyskutował niezrażony wcale, że4 ten nic nie rozumie. Czasem tylko przerywał rozmowę, żeby całować go po głowie, rękach itd.:D za to do Zacharów przykleiła się jakaś dziewczynka, co przez pół drogi chwaliła się bez słów swoim telefonem, a później dzieliła się swoimi słodyczami. Pociąg jechał trochę okrężną drogą, ale w końcu dotarliśmy do miejsca przeznaczenia - Sybin. Jeśli idzie o noclegi w okolicach rynku, trzeba się liczyć z wydatkiem ok. 45 lei, nam udało się taniej, choć nieco szczęśliwie. Właściciel sam nas zgarnął z ulicy, zaproponował 8 osobowy pokój za 10 euro/os. Wzięliśmy w ciemno. Warto było, czyściutko, przyjemnie, własny czajniczek (z polską instrukcją zresztą;)) kawka, herbatka, śmietanka, cukier (mój zachwyt nie wziął się znikąd, bo to wcale nie jest reguła). Wieczorem wyruszyliśmy do pizzerii (gdzie nie wiedzieli z czego składa się sałatka grecka;)), a później do rockowej knajpy na piwo. Marta wolała wódkę z colą, bo jej się piwo znudziło. Dostała lufę wódy jakieś 200 ml i uzupełnili to pepsi :D musieliśmy jej pomagać to zerować, bo nie dawała rady. Co za piękny kraj:D.

 

 Dzień 8 zwiedzanie Sybina i dalsza podróż

 

Od rana wybraliśmy się na zwiedzanie Sybina. Bardzo ładne miasto z rewelacyjnym dużym i małym rynkiem. Wszystko odnowione i aż się prosi o turystów. Po mieście prowadził nas przewodnik Pascala. Aha, jeszcze z rzeczy, które warto tam zobaczyć-katedra, pod którą zabito syna vlada tepesa oraz most kłamców, który wg legendy zawali się gdy przejdzie po nim kłamca;)

Z Sybina zabraliśmy się busem w dalszą drogę, znowu okrężną drogą;) po południu dotarliśmy do Sighishoary. Trochę trwało zanim znaleźliśmy odpowiednie miejsce na rozbicie namiotów. Rada na przyszłość-nie ma sensu gramolić się na pole campingowe na pobliską górę (drogo!), no, chyba, że ma się ochotę zobaczyć trochę tej biedniejszej strony Rumunii po drodze, co też jest w sumie jakimś doświadczeniem. Rozbiliśmy się na innym polu namiotowym, niedaleko centrum. opisano je też w pascalu. Przyzwoicie bardzo i fajna łazienka, chociaż bez drzwi. W Sighishoarze jest jedna atrakcja do zwiedzania-średniowieczny, dobrze zachowany kompleks w środku miasta. Najpierw poszliśmy obejrzeć to po zmroku i naprawdę robi wrażenie. Warto zobaczyć. W twierdzy tej mieszkał też jakiś czas niejaki vlad dracul, teraz w tym miejscu jest restauracja o tożsamej nazwie zresztą. Tam też kupiliśmy sobie pamiątkowe koszulki „Dracula country - romania”:D

Z sighishoary wpakowaliśmy się w pociąg i wyruszyliśmy do Braszowa. Pociąg był nieźle obskurny, na zakrętach nieźle trzeszczał, ale udało mu się nie pęknąćJ. W Braszowie byliśmy tylko chwilę, zwiedzanie zostawiliśmy sobie na deser, pojechaliśmy dalej, do miejscowości Rasnov. Tam rozbiliśmy namioty, poszliśmy do knajpy i wróciliśmy spać;).

 

 Dzień 9 dzień zwiedzania zamków   

 

Rano stanęliśmy na stopa, żeby dotrzeć do miejscowości Bran, reklamowanej, jako twierdza draculi. Jak to zwykle bywa, przereklamowanej. Sam zamek wygląda całkiem nieźle, ale w środku nie prezentuje się już jakoś specjalnie okazale, więc można tą atrakcję z czystym sumieniem sobie odpuścić. Natomiast to co się dzieje pod samym zamkiem to jakaś przesada.

Wszędzie są jakieś straganiki, tłumy ludzi, napierdala kocia muzyka, wszędzie do kupienia jest drakula, pod każdą postacią, słomiany, gipsowy, czy z piernika. Dosyć szybko się stamtąd zwinęliśmy i wróciliśmy do Rasnov.

W Rasnov na wzgórzu znajduje się zabytkowy pałac chłopski. To akurat wspominam bardzo pozytywnie (i nie mówię o browarach na tamtejszym dziedzińcu). Rewelacyjny widok na okolicę, gdy wlezie się na samą górę, dobrze zachowane rejony umocnień i okolice dziedzińca, a w środku odbywały się cały czas tańce dziewczyn ubranych w suknie z tamtych czasów, walki rycerzy itp. Bardzo pozytywne wrażenia. Wieczorem poszliśmy do miasteczka, dzie odbywał się jakiś wieczór teatrów objazdowych, więc załapaliśmy się na trochę kultury. Wieczorem wylądowaliśmy w namiotach i minął nam kolejny dzieńJ.

 

 Dzień 10 Braszów 

 

O poranku znów ustawiliśmy się na stopa na upatrzonym wcześniej placu z zamiarem dotarcia do Braszowa. I znów udało się dość sprawnie. Żeby oszczędzić nieco na komunikacji miejskiej na starówkę dotarliśmy pieszo. Plecaki zostawiliśmy Żbikowi i Bogusiowi, którzy planowali się od nas odłączyc i jechac już w kierunku Ukrainy, i wybraliśmy się na poszukiwanie miejscowy do spania. Nie opłaca się pakować do hosteli oferowanych w tamtejszej informacji turystycznej. Najlepiej zamieszkać w hoteliku niedaleko rynku (opisany też w Pascalu). Top sport się chyba nazywał. 78 lei za 2 osobowy pokój, ale bardzo przyjemnie. Mimo, że łazienka na korytarzu;) pokręciliśmy się nieco po starówce i poszliśmy kimać. Boguś ze Żbikiem poszli buszować po knajpach w dalszym ciągu. Jednak nie wyjechali;)

 

 Dzień 11 pora się zbierać powoli

 

Przy zwiedzaniu Raszowa znowu przydatny był przewodnik Pascala, chociaż nie rozwodził się za bardzo nad poszczególnymi zabytkami. Dobrze, że przynajmniej wskazywał, gdzie ich szukać w mieście;) do południa udało nam się oblecieć wszystko, co warto było zobaczyć. Później pozostało nam zwiedzanie okolicznych knajp, bo pociąg mieliśmy dopiero o 23 z minutami. Wykorzystaliśmy ten czas na trąbienie piwa, które w sumie nie było takie tanie. Braszów to miast turystyczne, to i ceny są pod turystów. Co jeszcze rzuciło się w oczy-strasznie ciężko znaleźć tam knajpkę, która nie byłaby nastawiona na makaroniarzy. Same pizzerie, echh…a ja tęskniłem za ziemniakami;/

Tym razem pociąg był już całkiem spoko, z przedziałami. Mimo, że było dość ciasno, to dało się nieco pospać.

 

 Dzień 12 misja Ukraina 

 

O 7 rano byliśmy znowu w Suczawie. W pensjonacie na pksie, gdzie nocowaliśmy tydzień temu nie było żadnych wolnych miejsc. A gdy zorientowaliśmy się, że autobus do Przemyśla („przemytnik”) kosztuje tutaj ponad 30 zł drożej niż, gdybyśmy kupowali bilet w Polsce, stwierdziliśmy, że jedziemy przez Ukrainę na własną rękę. Żbik zlokalizował koło pksu busik, który za przyzwoitą cenę miał nas przewieźć przez granicę, aż do Czerniowic. Na granicy trochę staliśmy co prawda, ale łapówy dla wszystkich celników leciały od naszego kierowcy, aż furczało;] każdy dostał swoją dolę. Kurwa, jak sobie pomyślę, że ten kraj ma euro organizować, to aż mnie ciarki przechodzą. Czerniowce to ładne miasto, a dzięki Żbikowi i Bogusiowi zjedliśmy tam najdroższy obiad podczas naszej wycieczki. Oglądając karty menu bez słowniczka nic nie idzie rozszyfrować z tego ich alfabetu. Przy płaceniu okazało się, że ceny były podane za 100g;/ a w dodatku kelnerce zapomniało się donieść poniektórych zamówionych dań. Ale w sumie nie narzekaliśmy, bo gdyby je doniosła, to chyba byśmy zbankrutowali;)

Po 15 wpakowaliśmy się w pociąg do Lwowa. Ale co to był za pociąg :D po pierwsze – żadnych przedziałów. Po drugie – żadnych miejsc siedzących. Same leżanki. Wszędzie! Nawet stolik można było obrócić i zrobić z niego leżankę :D kupa ludzi, normalnie małe miasteczko. Jakaś dziewczyna maluje sobie paznokcie. Koleś w ręczniku chodzi sobie do tamtejszego kibla na kąpiele, sąsiedzi odstawiają ucztę z kurczakiem w roli głównej. Wszędzie wóda i browaryJ my też mieliśmy piwko, ale raczej kryliśmy się przed konduktorem. Ale po krótkiej chwili okazało się, że gdy komuś skończy się alkohol, to może go sobie dokupić. Tak tak. U konduktora :D w tym czasie pogoda już się naprawdę nieźle popsuła, ciągle lało i wisiały ciemne niskie chmury (po kilku dniach wyczytałem, że w tych rejonach były nawałnice i powodzie). Wieczorem dojechaliśmy do Lwowa. Pogoda była brzydka, więc miasta nawet nie zwiedziliśmy. Następnym razem. Postanowiliśmy przekoczować na dworcu. Zaczepiało nas kilku przewoźników, że dowiezie nas pod granicę, jeśli chcemy, ale my woleliśmy poczekać na autobus bezpośrednio do Przemyśla. Jak się później okazało, nie był to najlepszy pomysł. Na dworcu we Lwowie warto udać się schodkami na piętro. Tam jest ładniejsza poczekalnia, gdzie można w spokoju kimać, ale za opłatą. Niezłe jaja. Opłata wynosiła 1 hrywnę za godzinę kimania, ale za to można było rozłożyć sobie na ziemi karimaty;) no i mieliśmy spokojną noc, bo kobitka goniła stamtąd wszelkich żuli i bezdomnych, którzy nie płacili za spanko. Na dworcu spotkaliśmy też grupę z Polski, która właśnie wracała z Krymu. Warto pamiętać-gdy jest się dość późno we Lwowie i chce się za grosze gdzieś kimnąć, wcale nie ma potrzeby wydzwaniać do konsulatów. Szczególnie do spraw wizowych :D

 

 Dzień 13 znowu na granicy, ale później już Polska 

 

Rano taksówkami dostaliśmy się na dworzec PKS, skąd odchodzić miał autobus do Przemyśla. Z racji, że było jeszcze trochę czasu nakupowaliśmy w pobliskim sklepiku osiedlowym wódki i win ukraińskich. A pod sklepem nawiązaliśmy mimowolnie znajomość z niejakim Andrejem, którego babka była Polką, on wkrótce pojedzie do Krakowa jako żołnierz, a poza tym, to na osiedlu nikt nas nie ruszy, skoro jesteśmy Polacy i znamy Andreja;) autobus był prawie pusty, właściwie tylko my i ta ekipa z Krymu. Ale po chwili zwaliło się do niego mnóstwo ukraińskich przekupek. Niedaleko od granicy zaczęły się jaja. Baby podkasały spódnice, zaczęły się oklejać taśmą, przyczepiać do siebie sztangi fajek i inne cuda. Miejsca gdzie normalnie w autobusach są nawiewy, w tym były puste w środku, fotele porozcinane, prowizorycznie podklejone tylko, za to pełne zakamarków do przemytu.i wszystko zostało wypełnione. Wspominałem już może o moim wrażeniu dotyczącym Ukrainy i euro 2012?;] Żeby było śmieszniej, przez ukraińską granicę przejechaliśmy w miarę sprawnie. Dopiero na polskiej zaczęło się trzepanie. Kurwa… 4 godziny na granicy. Celnik nam powiedział że wybraliśmy najgorszy transport z możliwych, bo oni te autobusy trzepią dość skrupulatnie. Oj, będę pamiętać. Dobrze, że była z nami książka Pałkiewicza. Znowu się przydała. W Przemyślu strzeliliśmy sobie obiadek z 2 dań przy dworcu. Ach, cywilizacjaJ. Już po godzinie mieliśmy pociąg do Szczecina przez Kraków. Wcześniej nakupowaliśmy sobie mnóstwa gazet, żeby zorientować się, co się działo pod naszą nieobecnośc. No i oczywiście (jak zawsze, zresztą) bravo girl i szaloną 13 tkę, żeby w podróży pić wino i na głos rozwiązywać głupie psychotesty. Po 4 rano byliśmy już w Szczecinie.

 

Ot, i cała wycieczka. Polecam wszystkim wyprawę do Rumunii. Mimo, że pogoda w górach bywa kapryśna, to nawet jak nie dopisze na wędrówki, zawsze znajdzie się sporo rzeczy do zwiedzenia czy zobaczenia. Z racji ograniczeń czasowych kręciliśmy się właściwie tylko po Transylwanii, a kraj ten daje jeszcze sporo możliwości do podróżowania. Jak cos mi się jeszcze poprzypomina, to dorzucę.:)

 

 

 


 

7 komentarzy
straho
Straho - Bojownik   |  rok i 3 miesiące temu  |  
A polska taki piękny kraj...tylko szkoda, że po doborci natury trzeba jechać aż do kolumbii...:(
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
ryan_r - Superbojownik   |  rok i 7 miesięcy temu  |  
Ja wymiękłem po 2 dniach łażenia po Karkonoszach :D także podziwiam!

Gratuluję wyprawy i przygody :)
catte
catte - Bojowniczka   |  rok i 7 miesięcy temu  |  
odnośnie fotek:... aż nogi same rwą się do "góry":D
amonwar
amonwar - Superbojownik   |  rok i 7 miesięcy temu  |  
Krym.... Ukraina... Jak bedziecie mieli miejsce dla jednego biednego studenta to dajcie znać :) Pokochałem Ukraine :)
zaganiacz
zaganiacz - Superbojownik   |  rok i 7 miesięcy temu  |  
:amonwar, w monastyrach też bywaliśmy, zobaczyliśmy wszystko co się dało (tj. do czego doprowadził nas pascal;)) po prostu nie ująłem tego;) co do następnej wyprawy, to jest plan, żeby za rok wybrać się na improwizowaną wycieczkę na Krym. póki jeszcze można tam znależć możliwości taniego wczasowania.
:catte, całą wyprawę wspominam rewelacyjnie. ale to co jest niepowtarzalne, to zmęczenie przy chodzeniu po górach, za które te odwdzięczają się póżniej rewelacyjnymi widokami:)
catte
catte - Bojowniczka   |  rok i 7 miesięcy temu  |  
Rozumiem więc, że Rumunia leży już w strefie zdemilitaryzowanej? :D:D

Zabawne, obdarzone pewnym czynnikiem ryzyka, surrealistyczne, w obłokach absurdu... zarazem oczekiwane i z rozjarzoną gębą czytane:D:D

Ciekawi mnie co należało do Twoich największych przyjemności podczas tej podróży??



ps. hmmm...szczecin-Przemyśl?:P...z punktu widzenia Pomorzanina ryzykowny nieco zabieg...:D:D
amonwar
amonwar - Superbojownik   |  rok i 7 miesięcy temu  |  
nastepnym razem dajcie znać jak bedziecie na taką wyprawe jechać :) Też byłem ale bardziej na Ukrainie a Rumunie to tylko przejazdem :) żadnego monastyru nie zwiedziliście a szkoda :) Ale ogólnie fajnie sie czytało :) czekam na fotki

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz oceniać i komentować pliki?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
O blogu
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi