Słuchaj, Rychu...
2009-11-05 08:46:09 · Skomentuj
Słuchaj, Rychu. - No słucham. - Jest sprawa,
Zapowiada się niezła zabawa
Trza słów kilka wykreślić w ustawie,
Kasę wziąć, pół na pół i po sprawie.
Zdzichu mówi, że masz możliwości,
a prosiło mnie dziś kilku gości,
by podatek znieść na automaty,
bo podobno są z nich same straty.
One dają tyle radości,
Dzieciak gra na nich dla przyjemności,
Przecież one są dla zabawy!
Radę dasz? - Ależ tak, nie ma sprawy.
Z kumplami dziś się spotkamy,
przy piwku se pogadamy,
Co trzeba wyciąć - wytniemy,
Co dodać trza - dopiszemy,
A potem w sejmie przepchniemy,
Szybciutko przegłosujemy,
I wszystko jest ustalone.
Pieniądze już podzielone?
Nic z tego! To dzwonię ja! Agent Tomek!
Tyci tyci petencik
2009-02-06 06:32:55 · Skomentuj
***
Niniejszym dedykuję ten utwór
Wszystkim paniom z urzędów skarbowych, ZUS-ów, Poczty Polskiej
i tym podobnych instytucji
w podzięce za nacechowaną wzajemnym zrozumieniem:
ofiarność, poświęcenie, rzetelność i kompetencję.
***
Kiedy wchodzi po schodach, czuje męki prawdziwe,
Klamka lekko opada, a drzwi skrzypią złośliwie.
W rękach drżących, spoconych, trzymając dokumencik,
Wkracza w paszczę potwora, tyci tyci petencik.
W dżungli biurek i stołków, szuka ciągle człowieka,
Nikt na niego nie patrzy, nikt na niego nie czeka.
Więc nogami przebiera, i bezradnie się kręci,
Czeka wciąż na obsługę, tyci tyci petencik.
Widzi panią, blondynę, urobioną po łokcie:
Pije kawę, gra w karty i maluje paznokcie.
Pasjans trzeba ułożyć, a to trudne zajęcie,
Twój czas jeszcze nie nadszedł... Tyci tyci petencie.
Inna wchodzi dostojnie, jak angielska królowa,
A on nie wie, czy prosić, czy po nogach całować.
"Może pani pomoże?" - wypowiada zaklęcie.
Ona patrzy z niechęcią - Spadaj, tyci petencie.
I tak stoi i stoi, i tak marzy i marzy,
Żeby ktoś mu chciał pomóc, żeby ktoś zauważył,
Spojrzał z troską, uwagą, żeby nie czuł niechęci...
Kim ty jesteś właściwie? Tyci tyci petencie?
Wtem królowa pieczęci wstaje niespodziewanie!
Kiwa dłonią łaskawie, żeby złożył podanie.
Kawę na bok odstawia i dokument przyjmuje,
Krzywo spojrzy nań z góry...
... choć komputer się psuje,
Login umknął z pamięci, hasło wpisze pięć razy,
A w instrukcji obsługi same trudne wyrazy,
Przestał pisać długopis, nie ma tuszu pieczątka,
Wszystko ginie znienacka od samego początku.
W końcu spręży się cała, odda pismo łaskawie,
Splunie cichcem pod biurko, w myślach przeklnie plugawie:
„Idź do jasnej cholery, ty przebrzydły natręcie!!!”
I tak musisz tu wrócić
Tyci tyci
Petencie.
Oszczędności
2009-02-06 06:31:49 · Skomentuj
- Nie idę, chłopaki,sorry. - Pomachał kolegom na pożegnanie. Z zazdrością popatrzył na oddalające się sylwetki. Głośno przełknął ślinę. Ech... zimne piwko, pizza, świeże plotki - tyle ostatnio było do obgadania. Jednak musiał się powstrzymać. Wziął kartkę z napisem "Oszczędności",
pokrytą skrupulatnymi obliczeniami i dopisał do niej:
- Piwo... z pięć, może sześć... po osiem zeta sztuka... plus pizza za trzydzieści, to będzie... to będzie... - cholerna matematyka, kto to wymyślił? -Siedemdziesiąt osiem! - Rozpromienił się. Dopisał sumę na karteczce.
Cienko posmarował bułkę pasztetem. Otrząsnął się z obrzydzeniem. "Kto to jada?" - pomyślał, wnet jednak uśmiechnął się zwycięsko. "Polędwica - 30 zł." - dopisał.
Trochę zaoszczędzi na obiadach. Żona może jeść obiadki w szpitalu. Ciąża okazała się być zagrożona. Typowa wpadka, ale za to na karteczce dumnie widniał napis: "Prezerwatywy - 8 zł."
Właśnie, żonę by trzeba odwiedzić. Nocna wizyta w ogródku sąsiada zaowocowała kolejnym wpisem. Spoglądając na bukiet chryzantem zapisał: "Kwiaty - 20 zł."
Nagle zadzwonił telefon. Chwilę porozmawiał, uśmiechając się szeroko. Samochód!! Poszedł za 60.000. Ale wpis! Ale wpis!!
Zsumował oszczędności całego dnia. Trzy razy, dla pewności. Wyszły trzy rezultaty, więc otrzymane wyniki uśrednił.
60.136... To jeszcze zostało... jeszcze zostało...
Szesnaście miliardów, dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć milionów, dziewięćset trzydzieści
dziewięć tysięcy osiemset sześćdziesiąt cztery złote.
"Zawsze to jakiś początek" - pomyślał, wsiadając na rower. Za nim, na swoich czarnych, błyszczących rowerach górskich z trudem mieściło się dwóch borowików. - "A jeszcze dwie stówy od Zbyszka, założyliśmy się przecież, czy Kazik dmuchnie tą małą blondynę w Londynie."
Zastanowił się. Jeśli wszyscy jego podwładni, którym nakazał cięcia, zaoszczędzili tyle co on, to mają już jakiś milion. A każdy głupi przecież wie, że pierwszy milion jest najtrudniejszy.
Potem już leci z górki, niczym WIG20.
Odlot, czyli wojna Kaczora z Donaldem
2008-10-15 11:36:19 · 1 komentarz
Nerwowo spoglądał na zegarek. Do odlotu było jeszcze pół godziny, wskazówki zdawały się wlec niczym budowa autostrad. "Nie zdąży, nie zdąży..." - pomyślał. Nagle jego mózg przeszyła przenikliwa myśl.
- A jeśli drugi pilot wyzdrowieje?
- Spokojna głowa - ubrana na czarno kupa mięsni o aparycji Joli Rutowicz poklepała się po kieszeni. - Jeśli ma zdrowy organizm, sraczka będzie go męczyła jeszcze tylko dwa dni.
- A jeśli nie? - Słońce Peru spojrzało na ochroniarza.
- A jeśli nie jest zdrowy?
Bodyguard zmarszczył brwi, nie spodziewał się, że jego pracodawca może zadawać tak oczywiste pytania. "Ech, co ta wojna Kaczora z Donaldem robi..."
- Gdyby NIE BYŁ zdrowy, mielibyśmy tylko jednego pilota, który obsługuje tego Zaporożca.
- Chyba Tupolewa? - Radek nieśmiało poprawił MIB-a. Tenże spojrzał na niego z góry i westchnął: - Jeden pies...
- Kwadrans! - rozładował sytuację premier. - Nie ma go, polecimy sami!
Z jego twarzy nie zdążył jeszcze zejść słynny uśmiech cudotwórcy, kiedy coś się stało.
Nagle między nogami ochroniarza przemknął mały cień.
- Nie uda ci się! - krzyknął prezydent. - Ja polecę!
***
Grupa osób, czekających dotychczas na swoją porę odlotu, zgromadziła się wokół dwóch walczących kogucików. No, w zasadzie kogucika i kaczorka.
- Ja jestem premierem tego państwa i ja polecę!
- A ja jestem prezydentem i ja polecę!
- Chyba z pomocą biura turystycznego!
- DuckTravel albo DoubleTrouble maja wolne miejsca - ochroniarz puścił oko do Radka.
- To jest samolot prezydencki i ja nim polecę.
- Nie bo ja!
- Niebo to ty zostaw mi, a ty sobie cos zajaraj, będziesz miał lepszy odlot!
- Osz ty konusie jeden - premier chwycił prezydenta za klapy. Ten zaczął podskakiwać niczym cena paliwa, aż w końcu za czwartym razem dosięgnął szyi premiera.
- Mafia? - spytał jakiś pasażer, który dopiero co podszedł. Drugi odpowiedział mu z pobłażliwością:
- Nie, jak zawsze - Polacy.
W tym momencie ochroniarz pochylił się, odciągnął prezydenta. Drugi chwycił pod pachy Donalda. Pobladły nagle Radek szepnął:
- Panie premierze...
- My polecimy, Radek, zobaczysz...
- Ale panie premierze...
- Nie martw się, on nie ma akredytacji.
- Ale...
- Ale co, wyksztuś to wreszcie!
- Samolot...
- Co samolot?
- Odleciał....
***
Uczestnicy szczytu z napięciem wpatrywali się w drzwi. "Ciekawe, który z nich przyleciał" - pomyślał Sarkozy.
- Butelka dobrego ginu, że prezydent - powiedział. - W końcu sam go zaprosiłem.
- Po cholerę - zdziwił się sąsiad.
- A takie wrażenie sprawiał dziwne - mruczał pod nosem, rozglądał sie lękliwie, samą mineralną pił - to pomyślałem: "Niech sobie pobędzie trochę biedaczek między ludźmi, wigoru nabierze, drinka machnie i od razu mu sondaże skoczą".
- Ja tam myślę, że premier wygra.
- Cii... Wchodzi...
Otwarły się drzwi. Postać w czarnym garniturze i czarnych okularach majestatycznie wkroczyła na salę. Biały szal, otaczający szyję, dumnie powiewał. W dłoniach, schowanych w białych rękawiczkach, trzymał czarną laskę. Mężczyzna powoli zdjął cylinder i rozejrzał się po sali.
- To prezydent?
- A skąd - szepnął Sarkozy. - Tamten jest niższy. Nie pamiętasz, jak na raucie obraził się na Merkel i na stojąco wszedł pod stół?
- Na premiera też nie wygląda, brak mu aureoli, no i te okulary... Tamten, jak się uśmiechnął, to zdawało się, że ptaszki śpiewają, motylki latają a zza pleców zaraz wyleci biały gołąbek.
Przewodniczący nie wytrzymał:
- Serdecznie witamy przedstawiciela polskiej delegacji. Kogo mamy zaszczyt powitać?
Mężczyzna zdjął ciemne okulary, powoli strzepnął niewidoczny pyłek z marynarki i rozgladając sie po sali stanowczym głosem powiedział:
- Listkiewicz. Michał Listkiewicz.
To i owo na sejmowo :)
2008-09-24 10:21:08 · Skomentuj
I
Gigantyczna demonstracja w stolicy przed sejmem. Protestują związki zawodowe, reprezentujące wszelakie profesje. Przyczyna - tradycyjna, czyli podwyżka płac do poziomu europejskiego. Bo w końcu ceny już mamy europejskie. Lecą petardy, słychać krzyki, tłum skanduje „Uczyń cud, Donaldzie!” Po długiej chwili do prostestujących wychodzi przedstawiciel rządu. Uśmiecha się – choć to wydaje się niemożliwe – jeszcze promienniej niż premier w expose. Papieskim gestem podnosi rękę, błogosławiąc zgromadzonych, z jego oczu wręcz tryska dobroć, miłość i szlachetność.
Zapada cisza.
Rządowy guru wygłasza przemówienie:
- Wszyscy rozumiemy, że chcecie zarabiać. Rozumiemy waszą troskę o rodzinę, chęć godziwego życia. Ale musicie zrozumieć i nas – młodzi wyjechali za pracą, budżet nie tylko nie jest w stanie zapewnić wam podwyżek, ale gwałtownie potrzebuje dofinansowania. Dlatego mamy dla was satysfakcjonującą propozycję. Postanowiliśmy, że będziecie pracować w soboty.
Szmer przebiegł przez tłum.
- Ja wiem, że z początku wyda wam się to oburzające. Ale sami pomyślcie – co wy robicie w wolne soboty? Idziecie z rodzinami do marketów, do kina, do teatru... Tracicie tylko pieniądze. Pracując w soboty, przeciwnie – nie będziecie tracić, ale zarabiać.
Konsternacja wśród protestujących. Ze zdziwienia zamarli, wkrótce jednak przywódcy związkowców udają się na krótką naradę. Po chwili do przedstawiciela rządu podchodzi delegacja. Stojący na jej czele potężny brunet odpowiada:
- Rzeczywiście, nie uwzględniliśmy poruszanych przez pana argumentów.
Dlatego podjęliśmy decyzję, która pana z pewnością zadowoli. Postanowiliśmy pracować również w niedzielę.
Zamglony wzrok rządowca wskazywał, że właśnie osiągnął on orgazm.
- No bo co my robimy w wolne niedziele – kontynuował związkowiec. - Idziemy z rodzinami do marketów, do kina, do teatru... Tracimy tylko pieniądze. Później wracamy do domów, a wieczorem kochamy się z naszymi żonami.
A potem się rodzą takie ch*je jak wy!
II
Tajemniczy, nikomu nie znany posłaniec wkracza do sejmu, prosząc o przekazanie wiadomości pewnemu posłowi. Ponieważ obrady trwają, sekretarka prosi o pozostawienie informacji. Otrzymuje karteczkę z krótką treścią - „Wszystko się wydało, uciekaj!”. Po chwili sekretarka wychodzi na kawę. Jedna z osób, obsługujących sejm, wchodzi w tym czasie do sekretariatu. Nie spotyka sekretarki, zauważa jednak karteczkę z adnotacją – „Wysłać! Pilne!” Sądząc, że to wiadomość do wszystkich, podchodzi pod drzwi obradującego sejmu, otwiera słuzbowego laptopa i korzystając ze specjalnego programu, wysyła SMS z rzeczoną wiadomością przez internet na komórki wszystkich posłów naraz.
Ginie chwilę później, zadeptany przez tłum wybiegający z sali obrad.
III
My chcieliśmy jak najlepiej...
Pan kłamie!
To pan kłamie!
Pan jesteś żydem!
A pan pieprzonym antysemitą!
A wasza partia to złodzieje, ile się nachapaliście, przyznajcie?
A wy, jak rządziliscie, to niby nic nie braliście?
Żydzi, powiadam, żydzi są winni nieszczęściu tego biednego kraju!
Precz z komuną!
Złodzieje, złodzieje!
Módlmy się!
Normalny dzień w polskim sejmie. Szczyt konkretnych, treściwych i konstruktywnych dyskusji. Nikt początkowo nie zwrócił uwagi na głuchy, rytmiczny odgłos. Dopiero delikatne drżenie ławek spowodowało, że posłowie ze zdziwieniem zaczęli spoglądać na siebie. Początkowo było ciche.
Łup... Łup... Łup...
Ten i ów spojrzał w kierunku marszałka, czy to aby nie on posługuje się laską. Jednakże laska stała nieruchomo, rytmiczne kroki zbliżały się coraz bardziej.
Łup... Łup... Łup...
Jeszcze nie rozumieli, jakby zdziwieni sytuacją, że ktoś ośmiela się zakłócić jakże owocne dyskusje. Któż nie potrafi docenić ich ofiarności, ich poświęcenia, ich woli poprawy sytuacji narodu polskiego? Któż to, któż?
Pierwsi z nich zaczęli powoli wpadać w panikę, kiedy drżenie budynku przy Wiejskiej było na tyle potężne, że na wybrańców narodu posypał się tynk z sufitu. To już nie były żarty.
Coś się zbliżało.
ŁUP... ŁUP... ŁUP...
Było coraz bliżej. Godzilla? Wojska Imperium? Żydzi?
Było coraz bliżej. W końcu zrozumieli, że to nie przelewki. Zapanowała panika. Wybrańcy narodu biegali bez ładu i składu, krzycząc i skowycząc niczym – kto by pomyślał? - pospólstwo czy wręcz chamstwo i drobnomieszczaństwo. Chaos ogarnął serce narodu.
Tylko jeden głos wyróżnił się pośród innych. Tylko jeden odgadnął prawdę. I ośmielił się ją wykrzyczeć.
Ludzie!! Ja wiem! Ja wiem! To przechodzi LUDZKIE POJĘCIE!!!!!
Limeryk pomeczowy
2008-06-13 08:33:04 · Skomentuj
Pewien sędzia o zbyt łysej główce
podyktował karnego w końcówce
tak się kręci dziś lody
za wysokie nagrody
i na przekór Polaków harówce.
Polski Związek Piłki (s)Kopanej
2008-05-14 18:53:00 · Skomentuj
- No i wyobraź sobie, dwie minuty po doliczonym czasie gry, dalej 0:0, napastnik gospodarzy dostaje piłkę, biegnie sam na sam z bramkarzem, ten nie wybiega z bramki, obrońcy z tyłu, napastnik biegnie zupełnie sam i tuż za polem karnym potyka się o własne nogi i... przewraca! Pełna konsternacja na boisku i trybunach. I co ja wtedy robię? Co robię?
- No mów - rozbawiony prezes niecierpliwie popędzał kolegę.
- Jak gdyby nigdy nic dyktuję karnego!
- Buahahaha! - zarechotali zgodnie słuchacze. Prezes ocierając łzy zapytał - A obserwator? A kamery?
- Trudno, część składki poszła na kamerzystów, mecz nie był na żywo więc tylko się parę osób zbulwersowało, że cztery kamery się nagle zepsuły. A obserwatorem był Maniek. Ech... Dusza nie człowiek. Stwierdził, że nic nie widział, bo telefon akurat miał z tak wysokiego szczebla, że nie mógł nie odebrać.
- Minister?
- Teściowa. Za to od kibiców dostałem owację na stojąco.
Śmiech znowu wypełnił pomieszczenie.
- Dobra ta twoja historyjka, ale ja wykręciłem kiedyś lepszy numer. Panie prezesie, mogę?
Rozmówca spojrzał na przyzwalające skinięcie ręką. Przez chwilę wahał się, czy nie ucałować dłoni, ale uznał, że w dzisiejszych warunkach nie wypada.
- No więc tak: gospodarze, żeby nie spaść muszą wygrać, ale też Hutnik musi przegrać. Mecze zaczynają się o jednej godzinie, ledwo co parę minut udało mi się na wszelki wypadek opóźnić spotkanie. Hutnik na minutę przed końcem wygrywa, moi pogodzeni z losem przegrywają 1:3. Nagle na maszcie pojawia się flaga klubowa, co znaczy, że Hutnik jednak przegrał. Nerwowe telefony - i faktycznie, Hutnik przegrał w końcówce. Ale u mnie też już ostatnia minuta! Co robię? W trzy minuty - dwa karne i jeden spalony!
- Hehehe! - rozmówcy doskonale się bawili. - A może pan, panie prezesie, jakąś anegdotkę? Bo tego pańskiego 6:0 dla Legii w Krakowie to nic nie przebije. Majstersztyk!
Prezes łaskawym uśmiechem wyraził uznanie dla rozmówcy.
- To było w początkach mojej kariery.Dola została równo podzielona. Ale trener się zorientował, że piłkarze też wzięli. A był z tych.. no... jak im tam.. uczciwych. Nic nie powiedział, ale wymienił połowę składu na juniorów. I teraz co się dzieje? Mecz ma być przegrany, obrońcy puszczają bramki jak na zawołanie, ale co z tego... Juniorzy grają jak natchnieni, kiedy tylko obrońcy puszczają bramkę, ci strzelają jedna za drugą. Myślałem, że obrońcy pobiją gówniarzy. W końcu w przerwie przychodzi jeden i mówi - panie sędzio, zrób pan coś!
- I co pan zrobił?
- Uśmiałem się zdrowo, ale potem żarty sie skończyły. Dałem szczawikom dwie czerwone na początku drugiej połowy i problemy sie skończyły.
- Ech... Zawsze prezes był sprytny... - mężczyzna z ufnością spojrzał w błyszczące oczy prezesa. - A mój syn też sędziuje. Na razie czwartą ligę, ale mając poparcie prezesa...
- Nie wątpię, nie wątpię, że zdolny.
- Ale naprawdę! Ostatnio podjechał samochodem pod budynek prezesa, wchodzi prosto do niego i mówi, że mu radiomagnetofon ukradli z samochodu. Prezes kaja się, mówi, że to niemożliwe, że tu sami uczciwi... Pół godziny tak nadawał, zanim sekretarka mu szepnęła coś na ucho. Wtedy zrozumiał, i zapytał, jaki to model był. Na szczęście synek mój wyrozumiały, więc wziął Blaupunkta z odtwarzaczem płyt i mp3, choć model sprzed dwóch lat był.
- Taaak... Utalentowaną mamy młodzież - w głosie drugiego z rozmówców słychać było nutkę zazdrości, niestety miał tylko trzy córki. - A słyszeliście najnowszy dowcip?
- Opowiedz!
- Beenhaker dał powołanie Rogerowi. Ten szczęśliwy przyjeżdża na zgrupowanie, siada i słucha. A trener tłumaczy:
- Piłka. Piiiłkaaa. Piłka! A tam - bramka. Braaamkaaa. Bramka! I ty piiiłkaaa do braaamki.... Do bramki!
Roger kręci się, w końcu wstaje i mówi:
- Panie trenerze, ja w Polsce gram już parę lat, język znam, dużo rozumiem, nie musi pan do mnie jak do dziecka!
Beenhaker spogląda na niego zdumiony i mówi:
- Siadaj, Roger, ja mówię do Żurawskiego!
Potężny śmiech rozległ sie w studiu, z ledwością usłyszeli głos, mówiący:
- Panowie, koniec dyskusji, wchodzimy na wizję!
Wyprostowali się nagle, na twarzach pojawił sie wyraz skupienia, a dostojne oblicze prezesa zdawało się być wręcz zatroskane. Z namaszczeniem wypowiedział ważkie słowa:
- Ze względu na dobro polskiej piłki, na następnym zjeździe wyborczym cały zarząd poda się do dymisji. A ja nie będę kandydował. - Znał te słowa na pamięć.
Wypowiadał je w końcu tyle razy...
***
- No i znowu im to obiecałem, a co - dwójka przyjaciół spacerowała brzegiem Wisły. - Nie pierwszy raz, nie ostatni... Mogą mi...
- No właśnie, Misiu, mogą?
- Ilu ministrom już to obiecałem? Nie licz, nie licz, to nie szatnia przed meczem - prezes uśmiechnął się - I co? Kto dziś o nich pamięta? Rządy mijają, a królestwo trwa.
- Słuchaj, Misiu... A może by tak... Na serio... Dla tych, no... Kibiców.... I dobra polskiej piłki... Może by tak rzeczywiście zrezygnować?
Prezes spojrzał zdumiony na rozmówcę. Tamten starał się długo zachować powagę, jednak w końcu nie wytrzymał i płacząc prawie ze śmiechu wykrztusił:
- Ale miałeś głupią minę! Jak wtedy, co ci w ostatniej minucie ustawionego meczu bramkę na 1:1 strzelili! Wężykiem, Misiu, wężykiem!
Zataczając sie ze śmiechu ruszyli dalej. I tylko w pewnym momencie echo nad wodą niosło - wyśpiewane zachrypniętym głosem - słowa piosenki:
- Nas nie dagoniat! Nas nie dagoniat!
Dwa oblicza raju
2008-05-14 18:50:00 · Skomentuj
Obudził go chłopięcy chór, cichutko śpiewający wzniosłe pieśni w rogu pokoju. Z uśmiechem spoglądał na młode, szczere twarzyczki, na błękitne oczęta, patrzące na niego z uwielbieniem... Wsłuchiwał się jeszcze chwilę w płynącą po pokoju pieśń, po czym delikatnym, pobłażliwym gestem nakazał im wyjść.
Wstał, przeciągając się podszedł do okna. Ptaszki ćwierkały, motylki fruwały beztrosko, ginąc czasami na chwilę w delikatnej mgiełce. Smużki słonka delikatnie pieściły jego ciało, świat zdawał się budzić wraz z nim do życia.
Leniwie spacerowali policjanci, wdychając świeże, wiosenne powietrze. Do tego ograniczała się od pewnego czasu ich praca. Sędziowie bowiem, we współpracy z odpowiedzialnymi prokuratorami, powsadzali wszystkich, którym nie podobał się raj, na długie lata do więzienia. Zadowoleni ludzie kłaniali się z uśmiechem, życząc sobie tylko szczęścia, bo o zdrowie dbały doskonale wyposażone szpitale. Dzieci z radością gnały do szkoły, pragnąc jak najszybciej spotkać się ze swymi ulubionymi, ciekawie opowiadającymi, kompetentnymi nauczycielami.
Ci pracujący dalej już wyjeżdżali, rozbudowana sieć autostrad i dróg ekspresowych pozwalała teraz ludziom pracować nawet w promieniu stu i więcej kilometrów. Raptem niecała godzina jazdy dobrym samochodem. Te gorsze zapychały drogi Niemiec, Francji, Anglii i innych zacofanych państw. Po co kupować złom, kiedy pojazd wprost z salonu można kupić za dwie, góra trzy wypłaty?
Mężczyzna, kiwając głową, obrócił się i klasnął dwa razy w dłonie. Natychmiast pojawiła się służąca ze śniadaniem. Postawiła tacę i ulotniła się po irlandzku. Z apetytem spojrzał na śniadanie, chichocząc.
Pieczone kacze skrzydełka.
Dwa.
* * *
Obudził go dźwięk wybitej szyby. Zerwał się gwałtownie, w ostatniej chwili uchylając się przed wlatującym przez okno kamieniem. Poczuł smród palonych opon. "Wcześnie dziś zaczęli, s...syny" - pomyślał. Nerwowo ubrał się i podszedł cichcem do okna.
Samochody na ulicy płonęły, policjanci panicznie uciekali przed wygolonymi wyrostkami w dresach. W zasadzie część policjantów, bo większość przebywała na zwolnieniach lekarskich. Ci, którzy zapomnieli się udać do lekarza, przeklinali pod nosem - obłożnie chory doktor M. pisał właśnie kartkę do rodziny, leżąc na plaży na Mauritiusie.
Brudni ludzie w zniszczonych ubraniach przyglądali się temu w milczeniu. Ten i ów leniwie wsiadał na rower, na pożegnanie pokazując wyciągnięty środkowy palec. Między tłumem widzów przemieszczało się kilkudziesięcioro dzieciaków, prosząc o kilka groszy na bułkę czy batonik. Kilku z nich wprawnie okradało gapiów, nikt nie miał siły reagować.
Przyzwyczaili się.
Potężnie zbudowany, dwumetrowy dryblas, znany jako "Recydywa" (odsiedział bowiem dwa wyroki - trzy miesiące bez zawieszenia za dziesięć brutalnych gwałtów i surową karę roku więzienia za zabójstwo trzech osób) wypisywał coś na murze. Ponownie uchylając głowę przed lecącym kamieniem poczekał, aż rozwieją się kłęby gazu łzawiącego i odczytał nagryzmolony napis:
"Chciałeś drugiej Irlandii, to masz. Polska Frakcja IRA".
Nie wytrzymał. Otworzył szeroko okno, stanął na brzegu i krzyknął najgłośniej jak potrafił:
- A ja wam k*rwa pokażę, ze potrafię!!
Powitanie :)
2008-05-14 18:48:00 · Skomentuj
Witam!
Po niezbyt przyjaznym onecie, i katastrofalnym eblogu, znalazłem się tutaj;)
Mam nadzieję, że moje teksty (z których parę było już na stronie głównej JM) przypadną Wam do gustu.
Pozdrawiam
Don Centauro
PS. Archiwalne teksty znajdziecie pod adresem:
www.okiem---centaurka.blog.onet.pl